Jeśli się nie mylę, płyta Diamond Bitch (swoją drogą piękny tytuł) sprzedała się w ubiegłym roku w skromnych 40 000 egzemplarzy, co zresztą po części nie jest winą Doroty ani spłodzonych przez nią dźwięków, ale czkawką fatalnej kondycji polskiego rynku muzycznego.
Pytanie, czy nie doszło do przemieszania przyczyn i skutków, pozostaje otwarte, ale fatalny wynik ostatniej płyty zwyczajnie zdumiewa. Dziewczyna wyłazi z każdego kiosku i kanału telewizyjnego, strach przed otwarciem lodówki jest całkiem zasadny, słowem Polska znajduje się pod nieustannym ostrzałem i mimo tego dodobicia najnowsze dzieło piosenkarki wylądowało na 30. miejscu rocznego zestawienia ZPAV.
Muzycznie również jej nie ma - kolejnych kawałków nie sposób zapamiętać, o zagwizdaniu nie wspomniawszy, i chyba nawet ona nie ma złudzeń, że wraz z kolegami stworzyli
Autobiografię pokolenia YouTube. Nie o to idzie, ale o histerię, którą dziewczyna wywołuje, i gigantyczną ilość fałszu z tym związaną. O Dodzie mówi się bowiem tak wiele, że doszło do utraty sensu - niedługo ktoś napisze, że ta dziewczyna jest facetem. Nikt się nie zdziwi.
Porównywanie jej do różnego rodzaju Sonnetów i Mandaryn to nonsens na resorach - trudno posądzać Dodę o przesadny artyzm, ale to profesjonalistka pełną gębą, obdarzona
zdolnością poprawnego śpiewania, tak rzadką w polskiej muzyce rozrywkowej. Do tego wymyśliła siebie od podstaw i w całości. W jej iloraz inteligencji, nieustannie kwestionowany, wierzę bez zastrzeżeń. Ta silna baba pojęła bowiem, że popkultura nie potrzebuje ludzi inteligentnych, użyła więc mózgu, kreując się na świadomie przerysowaną kretynkę. Przecież żeby generować codzienne zainteresowanie sobą, trzeba być bystrym jak diabeł - przerysowanie Dody jest żartem, to nie "suka", lecz kpina ze wszystkich suk, wystawiony środkowy palec.
Doda zagubiła się troszeczkę. Kretyński program o nauce jazdy okazał się niepotrzebny, rozpędzona kariera przejechała sympatycznego skądinąd Radzia; czasem palnie kompletne kretyństwo, to znów przeszarżuje z jakąś "pizdą". Po części mamy do czynienia z błędem, po części z jej zamierzeniem. Do Mensy przyjmują za łeb, a nie za cycki, i łeb ten zrozumiał, że ludzie nie potrafią już wychwytywać sprzeczności, więc właściwie można powiedzieć cokolwiek.
Gdybym była facetem, patrząc na taką sukę (...), chętnie zwaliłabym konia na okładkę - mówi o własnych gołych zdjęciach, co zupełnie nie przeszkadza jej w pisaniu piosenek dedykowanych papieżowi.
W ten sposób wykazuje tępotę odbiorcy, własnej słusznie zaprzecza. Czasem zwyczajnie palnie głupstwo. Bywa że, zwłaszcza gdy ma się dwadzieścia cztery lata, każdy z nas popełnia idiotyzmy - z tą jednak różnicą, że wydurniamy się w czterech ścianach domu lub knajpy. Wymiar prywatny Dody jest równoznaczny z wymiarem publicznym, czyli nie istnieje - więcej, stanowi jedną z podpór jej gwiazdorstwa.
Bo Doda jest gwiazdą, i to najprawdziwszą, jedną z niewielu w Polsce. Tole i Mandaryny traktuje z życzliwym pobłażaniem, poklepuje po plecach: "idź, idź, buziak na drogę". Przerasta je w dowolnym aspekcie. Nieustannie zaczepia, droczy się z prawdziwymi gwiazdami, żeby przywołać choćby Kayah rozdrażnioną małżonkiem. Ta oczywiście wchodzi w tę zabawę, zamrażając cycatą fotografię w lodówce - z jednej strony wściekła, z drugiej rozumie świetnie, że tutaj ściera się z kimś równym sobie.
Po co to robi? Przecież nie w celu podbijania własnego ego, które sięga już stratosfery, ale z naturalnej potrzeby dialogu wzbogaconej o właściwą ludziom show-biznesu konieczność nieustannego wzbudzania zainteresowania. W tym sensie gwiazdy przypominają
małe dzieci wyjące w łóżeczku, gdy tylko zostają same. Czy Doda jeszcze tego potrzebuje? Właściwie nie wiadomo, reporterzy uganiają się za nią nieustannie. Druga strona też na tym korzysta, przypomina o sobie wywołana ponownie przez media, więc należy się Dodzie jakaś wdzięczność.
Z tego samego powodu jestem pewien, że Doda w skrytości serca lubi rozszczekanego krewniaka Dozy Kultury - Pudelka. Wystarczy wsadzić nos w archiwum portalu, by stwierdzić, że kiedyś myśleli o sobie ciepło. Teraz Doda pluje na Pudelka, Pudelek wali w nią jak w bęben i tak w kółko, aż przestaną być sobie potrzebni. Niewątpliwie widzą w sobie partnera - największy polski portal plotkarski i gwiazda też największa, nie zdziwiłbym się nawet, gdyby spotykali się po cichu, walili wódę i śmiali się do rozpuku.
Prawdziwym dramatem Dody - nie waham się użyć tego słowa - jest to, że mimo gigantycznego wysiłku włożonego w wymyślenie siebie nie doczekała się żadnej odpowiedzi. Nie ma lepszego dowodu na tragiczną sytuacje polskiej popkultury. Wszystko, co zdołało się wykluć, to kolejne kopie Rabczewskiej, sklonowane Dody, gorsze, głupsze i aż dziw bierze, że dziewczyna znosi to tak spokojnie. Tola, zawodowe dziecko swych rodziców, jest dla niej zwyczajnym policzkiem. Rzecz idzie przecież o to, by użyć tej diamentowej metody na promowanie gwiazdy,
 |
a nie kopiować wypracowane już działania. W identyczny sposób można by przecież wypromować zbuntowanego postpunkowca, słodziutkie dziewczę od miłosnych ballad, bluesmana albo odnowiciela disco polo. Nieważne, wspomniana już sprzedaż wskazuje jednoznacznie, że chodzi o zjawisko, nie składanie nutek. A tu nie - ludzie nie pojęli - tysiące dziewczyn zmienia się w dżagi, nie rozumiejąc zwyczajnie, że miniówa i wielki dekolt są nie tylko częścią większej układanki, ale nade wszystko - żartem.
Zastanawiam się, jakie będą jej dalsze losy - dziewczyny, która już po dwudziestce osiągnęła wszystko. Film - uczciwie przyznaje, że nie ma do tego talentu, choć znając ją, może odkryć go w sobie w dowolnej chwili. Zdziwiłbym się szalenie, gdybym ujrzał ją za dwadzieścia lat w tym samym stroju, lecz pomarszczoną niczym dzisiejsza Pamela. Jej piosenki nikogo nie obchodzą, więc co?
Ma krótki czas, żeby zarobić jak najwięcej, o czym zresztą wie i deklaruje, że w przyszłości zamierza zainteresować się odpoczywaniem. Otworzy sieć restauracji, agencję modelek albo koncertową, hotel w górach lub zwyczajnie zainwestuje w akcje i na zawsze zapomni o troskach. Będzie podróżować, czytać książki, wspominać szalone czasy i starzeć się z godnością. Wyjmie silikon. Nie wierzę, żeby w jej wypadku sława stała się nałogiem, skoro już teraz wykazuje oznaki zmęczenia, za to nie zdziwiłbym się, gdyby jęła zdobywać to, czego teraz mieć nie może. I wizja Doroty Rabczewskiej z tyjącym sympatycznie małżonkiem u boku, śpiewającej wnukom przy trzasku ognia w kominku, jest bardziej prawdopodobna, niż się ludziom wydaje.
Właściwie z okazji urodzin tego Dodzie życzę.