o2 doza kultury

Mistyfikacje

2008-10-28



W Obywatelu Kane jest cudowna scena, w której rzeczony Kane stwierdza, że jeśli coś napisano odpowiednio dużą czcionką, to z pewnością mamy do czynienia z wiadomością bardzo istotną. Współcześnie wszystko, co pojawia się w mediach, jest tak istotne i prawdziwe, że nie podlega dyskusji. Oczywiście są tacy, którzy na przekór dyskusję podejmą, sprowadzając ją do psioczenia na układ i lansowania swoich prawd. Tak czy inaczej na pierwszy plan wybija się kłamstwo.

Jaki jest jedyny zbudowany przez człowieka obiekt widoczny z przestrzeni kosmicznej? Każdy odpowie, że Wielki Mur Chiński, i oczywiście się pomyli, co nie przeszkadza tej kompletnej bredni powszechnie funkcjonować. Z niskiej orbity można dostrzec co większe autostrady, za to Muru Chińskiego za jasną cholerę, z wysokiej zaś widać głównie morza, kontynenty

i cuda w rodzaju Sahary i zieleni Amazonii. Kłamstwo z Murem Chińskim jest niezamierzone, ale współcześnie wręcz mnożą się oszustwa i mistyfikacje tworzone celowo, z intencją przyciągnięcia odbiorcy i zrobienia go w konia.

Asem snucia banialuk na łamach prasy, i to poważnej, był profesor fizyki Alan Sokal (Nowy Jork). W tekście zatytułowanym Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji dowodził rzeczy cudownych - fizyczna rzeczywistość i jej niezmienne prawa miały być fikcją, w konsekwencji czego obiektywna nauka okazywała się niemożliwa. Nowym kryterium oceniania nauk ścisłych miała być społeczna i polityczna użyteczność. Wspomniany naukowiec wykazał zależność praw matematyki od biegu historii, głosił też masę innych bredni, wszystko to ubierając w prawdziwie naukowy bełkot, podparty do tego nazwiskami najwybitniejszych lewicujących intelektualistów. Całość puściło prestiżowe czasopismo "Social Text", którego redakcja nie miała pojęcia, w co tak naprawdę się pakuje. Sprawa się rypła, a Sokal poszedł za ciosem, publikując książkę o oszustwach intelektualnych, płytkości myśli postmodernistycznej, mętności nowoczesnej nauki, cynizmu, nicości intelektualnej maskowanej przez bełkotliwy język, i tym podobnych. Ośmieszeni postmoderniści nabrali wody w usta, lecz smród pozostał. Pomysł Sokala twórczo rozwinęli internauci. W sieci można znaleźć stronę produkującą w czasie rzeczywistym teksty postmodernistyczne, gramatycznie poprawne, lecz pozbawione jakiegokolwiek sensu.

W Polsce mieliśmy swojego Sokala. Był nim doktor Tomasz Witkowski, który opublikował w czasopiśmie psychologicznym "Charaktery" śliczny tekst zatytułowany Wiedza prosto z pola. Reklamowano go tak: Skąd pozbawione wzroku termity wiedzą, jak zgodnie, całą społecznością, budować kunsztowne i świetnie wyposażone gniazda? Jak olbrzymie stada ptaków lub ławice ryb mogą błyskawicznie zmieniać kierunek, przy czym pojedyncze osobniki nie obijają się o siebie? Te i wiele innych niesamowitych zagadek wyjaśnia hipoteza rezonansu morficznego. Człowiek właśnie próbuje wykorzystać ją w psychoterapii - pisze Renata Aulagnier (pseudonim autora).

Witkowski zaproponował nową metodę psychoterapeutyczną. Ujmując rzecz skrótowo, pacjent wkładał łeb w tomograf, a terapeuta gapił się na ekran wyświetlający mapowanie aktywności mózgu. Dostrzeżone zaburzenia ułatwiały wybór właściwej metody terapeutycznej, środowiska, do którego powinien przenieść się pacjent, i wyboru zajęć, które mu pomogą. Pacjent miał wprowadzić zalecenia lekarza w życie, następnie wrócić do terapeuty i powtórzyć całą operację. Jeśli zaburzenia zniknęły, szedł zadowolony do domu. Jeśli pozostały, pracowano dalej. Metoda zaproponowana przez Witkowskiego odrzucała cały dorobek nauki w zakresie terapii, ładowano do kosza Junga z Freudem na rzecz ekranu i garści dobrych rad. Student pierwszego roku psychologii powinien stwierdzić, że to piramidalna bzdura napisana przez jakiegoś dowcipnisia. Redakcji "Charakterów" tej orientacji zabrakło, tekst poszedł, wzbudzając ogólną wesołość znawców i samego autora.

W łzawych przeprosinach "Charaktery" powoływały się na dobrą współpracę z Witkowskim w przeszłości i prawo do pomyłki przysługujące wszystkim ludziom,
a nawet dziennikarzom. Sam autor napisał coś takiego: Tolerancja dla pseudonauki i szarlatanerii w środowisku naukowym psychologów jest ogromna. Na tych samych uniwersytetach pracują ludzie, którzy mają ogromny wkład w rozwój nauki światowej i szarlatani wszelkiej maści. Przeciętny psycholog badacz okazuje dużą pogardę dla praktyki czy dla popularyzacji wiedzy. Zamknięty w laboratorium odwraca się plecami od zjawisk, o których wie, że są nic nie warte lub szkodliwe, ale w zwalczanie ich nie ma ochoty się angażować (…) Chciałem wykazać, że można wprowadzić do obiegu i rozpropagować kompletną bzdurę, a w konsekwencji pewnie i zarabiać na niej pieniądze, szkodząc innym.

Swoją drogą metoda, za sprawą której jajarz i kłamca usprawiedliwia własne łgarstwo, jest co najmniej zabawna. Skłamał w obronie uczciwości, jest więc rycerzem prawdy na białym koniu, walczy o słuszną sprawę, ośmieszając naiwnych, jakby zrobienie komuś numeru nie stanowiło nagrody samej w sobie.

Nauka jest jedną z wielu dziedzin mistyfikacji, wcale nie najciekawszą - gdzie bowiem można powalczyć tak jak w sztuce? Wiedziała o tym Zuzanna Janin, ta sama, która jako piętnastolatka zagrała w Szaleństwach Majki Skowron. Potem poświeciła się działalności artystycznej. Artyzm ten był dość typowy dla współczesnej "sztuki": rzeźbiła z drutu i waty cukrowej, stoczyła inscenizowaną walkę z bokserem, by na koniec dojść do etapu poważnego - mianowicie do śmierci.

Pewnego dnia w gazetach pojawiły się nekrologi artystki, podano termin pogrzebu. Ceremonię pogrzebową na Powązkach rejestrowała ekipa filmowa. Ksiądz dał się skusić i odprawił ceremonię, do piachu poszła pusta trumna, a sama Zuzanna znajdowała się wśród żałobników ucharakteryzowana na staruszkę. O akcji wiedzieli tylko jej najbliżsi. Była to praca o poznaniu tego, czego w normalnych warunkach nie jesteśmy w stanie doświadczyć - ogłaszano potem - próba oswojenia największej tajemnicy i bólu, jakim jest śmierć. Naszym skromnym zdaniem śmierci doświadcza się najczęściej właśnie w normalnych warunkach, inaczej byłyby one nienormalnymi - nie o tym jednak.

Widziałam własną śmierć - bo tak zwał się ów happening - podzielił ludzi. Niektórzy się zachwycili i pomogli w karierze, inni obrazili się śmiertelnie, inni jeszcze wykorzystali okazję na odświeżenie znajomości. Ważne, że o mistyfikacji pisali wszyscy. Kłamstwo bez rozgłosu nie jest najczęściej funta kłaków warte.

Popularność mistyfikacji wynika poniekąd z tego, że ludzie lubią być okłamywani, o czym świadczy krótka, ale burzliwa kariera pisma "Skandale", założonego przez Andrzeja Minkowskiego. Ten typowy przykład literata przyklejonego do Polski Ludowej doskonale odnalazł się po wybuchu wolności. Założył pismo i zatrudnił kolegę po piórze, Zbigniewa Safjana - tego samego, który wymyślił Hansa Klossa, a wcześniej donosił do bezpieki na kolegów z partyzantki.

"Skandale" były pismem, na które polskie społeczeństwo czekało, zarazem nie będąc nań przygotowanym. Powszechnie sądzono, że po odejściu komunistów wszystko, co pisze się w gazetach, jest prawdą. Zarazem otwierano się na cudowności świata.
Bo czy nie miło przeczytać, że w Austrii pojawiła się dwugłowa gwiazda rocka, na Marsie mieszkały dinozaury, a na Mazurach grasuje banda gwałcicielek (babcia, matka i wnuczka) wykorzystująca mężczyzn, a potem oddalająca się w niewiadomym kierunku? Relacje z poczynań gwałcicielek miały formę fotoreportaży, co jeszcze dodatkowo poprawiało odbiór całej historii. Dzisiaj trudno uwierzyć, że nakład gazety wynosił ponad milion egzemplarzy, ale cóż, takie były czasy: dużo wolności, dużo pieniędzy, wielkie nakłady. Z czasem "Skandale" przekształciły się w "Nowe Skandale", a potem w czasopismo "Bez Pardonu", ono zaś padło, zapewne pod ciężarem postkomunistycznych bredni, które drukowało. Sam Minkowski jest teraz szefem Fundacji Korczakowskiej, co dowodzi, że bystry człowiek potrafi się ustawić bez względu na ustrój czy sytuację.

Spadkobiercą "Skandali" jest "Fakt" rozpisujący się o homoseksualnych bykach czy tarantuli w podkrakowskiej wsi. Jednak największym numerem tabloidu była historia wieloryba Lolka, rzekomo płynącego sobie Wisłą. Tak skrótowo opisywano akcję "Faktu" na łamach konkurencyjnego dziennika: Lolek pobaraszkował trochę i zawrócił pod mostem Śląsko-Dąbrowskim w kierunku Gdańska. - Lolek był świetny - mówi Paweł Radzyński (25 l.) (foto). - Był naprawdę cudowny - powiedziała Zuzanna Światek (22 l.) (...) W czwartek wieloryb był już w Grudziądzu. Kuba (9 l.) i Julek (7 l.) Grabowscy (na zdjęciu tylko Julek) zobaczyli z mostu wieloryba, o którym czytali w "Fakcie", polecieli do sklepu i kupili mu świeżych śledzi. Widział go jeszcze Edward Wysokiński (67 l.) (niestety nie ma jego zdjęcia). Wszyscy się martwią, co będzie na tamie we Włocławku. (…) Wędkarze z okolic Warszawy Bogdan (55 l.) i Daniel (25 l.) narzekają, że Lolek im wyżarł wszystkie ryby i na dowód pokazują pusty kubełek.

Takie podejście (używanie prasy) to jednak kawał minimalizmu. Prawdziwa zabawa zaczyna się wraz z użyciem środków prawdziwie masowego przekazu, o czym świadczy historia Orsona Wellesa i jego słuchowiska Wojna światów. Audycja nadana
30 października 1938 roku dotyczyła inwazji Marsjan na Ziemię. Kosmici runęli oczywiście na Amerykę, masakrując miliony obywateli za pomocą specjalnych promieni. Nie byłoby z tego afery i nikt o tym by nie pamiętał, gdyby nie zamysł samego Wellesa, który przygotował słuchowisko jako audycję z miejsca zdarzenia, nadawaną na żywo. Jego talent wsparty dobrą pracą aktorów odniósł efekt odwrotny do zamierzonego, czyli dobrej zabawy dla radiosłuchaczy. Ludzie uwierzyli, że inwazja naprawdę ma miejsce, zaczęli zwiewać gdzie pieprz rośnie, barykadować się w domach i piwnicach. Co prawda audycję nadano w ramach stałego cyklu, nawet uprzedzono, że Wojna światów jest fikcją. Nie pomogło.

A dzisiaj? Dzisiaj rządzi telewizja! Od czasu niespodziewanego wyboru Kennedy'ego na prezydenta, na co wpłynęły wygrane debaty telewizyjne z Nixonem, oczywiste stało się, że telewizja ma główny wpływ na losy świata, kreując przywódców supermocarstw.

Możliwości manipulacji telewizyjnej są w zasadzie nieograniczone i odnoszą się praktycznie do wszystkiego, szczególnie wtedy, gdy wiele zależy od wytworzonego w widzach obrazu świata (polityka) lub istnieje konieczności przyciągnięcia widzów, kiedy wiele stacji zajmuje się tym samym tematem. Podczas wojny w Iraku niektórzy dziennikarze mieli miły zwyczaj podpalania uprzednio przytarganych opon na znak, w jakim to są niebezpieczeństwie. Działo się to w czasie, gdy ich odważniejsi koledzy obrywali prawdziwymi pociskami.

O manipulacjach telewizyjnych pisać nie będziemy. Włączcie sobie po prostu telewizor dziś wieczorem i obejrzyjcie programy informacyjne pełne "komentarzy" dziennikarskich i doboru faktów, które zmierzają tylko do jednego: polizać naszych i opluć obcych.

Na zakończenie chcielibyśmy jeszcze nadmienić, że autorzy niniejszego tekstu również mają niejakie doświadczenie w opisywanym temacie. Mniejsza o szczegóły, ale chcielibyśmy was uspokoić. Jeśli ściemniamy, to się później do tego przyznajemy. Nie wszyscy publicyści mogą to o sobie powiedzieć. 

Łukasz Orbitowski & Jarosław Urbaniuk

Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2016 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )