o2 doza kultury

Orchidee dla Janusza Christy

2008-11-19



W Skarbach Mirmiła dwóch dzielnych wojów staje na głowie, by ich smok Miluś wzbił się w powietrze. Zwierz ten ma już skrzydła, lecz nie przejawia chęci do latania - więc trzeba sposobem. Kokosz zaczyna machać rękami, rozpędza się, a że nie patrzy tam, gdzie trzeba, wali łbem w ogromne drzewo. Kajko radzi mu, by się uśmiechnął, bo jeszcze Miluś pomyśli, że namawiają go do samobójstwa. Kokosz więc nadludzkim wysiłkiem wyszczerza połamane uzębienie i gdzieś tak między "he he" a "dajcie mi siekierę" drzewo wali się, grzebiąc pod sobą obolałego woja. "Kajko... Mogę się już nie śmiać?" - dobiega głos spod liści.

Scenę tę odtwarzam z pamięci, teraz sięgam po komiks - proszę bardzo, wszystko się zgadza. Pamiętam ich jeszcze kilkadziesiąt, całe paski albo i strony. Ich twórca Janusz Christa zmarł 15 listopada, miał 74 lata. Od dawna nieaktywny twórczo, zmagający się z chorobą oczu, zniknął z widoku publicznego. Jego niedawne pojawienie się na festiwalu komiksu w Łodzi słusznie uchodzi za wydarzenie. Był nie tylko właściwym ojcem polskiego komiksu, ale i kimś większym, współtwórcą wyobraźni i poczucia humoru pokoleń wychowanych w Polsce Ludowej. Związany ze swoją epoką znacznie ją przekroczył.

Nie da się pisać o Chriście w sposób patetyczny, jak zwykło się czynić w wypadku zgonu kogoś wybitnego - bo kto jak kto, ale on nie zasłużył na taki ton.

Żal tylko, że nie doczekał swojego renesansu: plany zrobienia filmu na podstawie Kajka i Kokosza wzięły w łeb, czyli skończyło się na krótkim metrażu. Gry komputerowe były raczej średnie i Christa pożegnał się z Mirmiłowem, nim jego gród został prawdziwie doceniony. Za to środowisko fanów odwdzięczyło się, rozpowszechniając plotki o planowanej ekranizacji z obsadą marzeń: Cezarym Żakiem jako Kokoszem, Zamachowskim w roli Kajka, zmarłym już Perepeczką odtwarzającym Łamignata i kapitalnie dobranymi Zbójcerzami, czyli Kowalewskim (Hegemon) i Bończakiem (Kapral). Paranoicznego obrazu całości dopełniał Cezary Pazura jako czarownica Jaga. Rzecz oczywiście nie powstała, zapewne nigdy nie była w planach, jednak masa ludzi uwierzyła święcie, że Mirmiłowo trafi na duży ekran. Szczególne to wyróżnienie dla twórcy: film, o którym się mówi, a który nie istnieje.

A przecież Christa od Mirmiłowa nie zaczynał, mało tego, niewiele brakowało, by został żeglarzem lub perkusistą; wybrał jednak rysowanie, a fascynacje marynarskie odżyły w serii przygód dwóch wilków morskich Kajtka i Koka. Trwają spory, co właściwie było debiutem rysownika. Najczęściej wskazuje się na pasek Kuku i Ryku upubliczniony w magazynie "Przygoda" (1957). Na ocalałej fotokopii widzimy rzeczonych chłopców rozstrzygających trudności związane z czynnością frapującą dzieciarnię wszystkich czasów, a mianowicie z dłubaniem w nosie. Być może nie był to szczyt finezji, nawet w ponurych latach 50., choć seria wyróżniała się ciepłą, łagodną kreską. Sam Christa błysnął dopiero przygodami Kajtka i Koka publikowanymi przez lata na łamach "Wieczoru Wybrzeża" - znamienne, że ewolucja serii przypomina nieco Asteriksa, mianowicie do Majtka Kajtka po kilku odcinkach dochodzi niezgrabny marynarz Koko. Podobnie Obeliks długo wybijał się na pierwszy plan.

Przygody marynarzy (z czasem zmienionych w kosmonautów) zaskakiwały dojrzałą kreską, sytuacyjnym poczuciem humoru (którego sprawcą był najczęściej gapowaty Koko) oraz luzem korzystnie odróżniającym serię od raczkującego polskiego komiksu. Do tego Christa objawił się jako tytan pracy, dostarczający świetne kawałki z regularnością niemal benedyktyńską. Kosmiczna epopeja ciągnęła się przez lata, aż Kajtek z Kokiem siedli i orzekli: dosyć, basta, czas się zwijać, a tu macie naszych praprzodków.

Przygody dwóch wojów: małego, sprytnego Kajka i zwalistego, preferującego rozwiązania siłowe Kokosza z miejsca podbiły serca czytelników jako coś prawdziwie
kolorowego w bezbarwnej Polsce Ludowej. Nie bez znaczenia pozostawały znakomicie zarysowane (i narysowane) postacie drugoplanowe, ze wskazaniem na straszliwych zbójcerzy, stylizowanych trochę na Krzyżaków, do tego wrednych i niezdarnych jak hitlerowcy w komediach frontowych. Popularności serii nie zaszkodziły zmiany w rysowaniu niektórych postaci (ciotki Jagi, szeregowych zbójcerzy), nazewnictwa (raptem Mirmił z księcia zostaje kasztelanem), dziwacznego pojawiania się i znikania niektórych postaci (Siłacza, dzielnego woja Wita). Zabiło ją dopiero zmęczenie materiału w ostatnich tomach i pierwsza fala zachodniego komiksu, który jął docierać do nas po 1989 roku. Sam Christa zaczął mieć problemy ze wzrokiem, choć wśród fanów krążyły plotki o najdziwniejszych nieszczęściach, które miały go dotknąć i odebrać wenę. W każdym razie nie ma wątpliwości - Christa przez ostatnie dwie dekady nie był aktywny jako twórca, nie stracił też na popularności.

Fenomen Kajka i Kokosza teraz i za czasów Polski Ludowej to dwie różne sprawy. Kiedy seria powstawała, stanowiła nowość, której siła dziś, w dobie specjalistycznych księgarni komiksowych i ofert na Amazonie, może nie być zrozumiała. Otóż lwia część komiksu polskiego - zwłaszcza przed pojawieniem się sławetnego magazynu "Relax" - miała charakter edukacyjny i czołobitny względem ówczesnej władzy. Dość wspomnieć, że Tytus, Romek i A'Tomek przekonywali, jak to fajnie być w wojsku ludowym (książeczka ukazała się zaledwie rok po stłumieniu praskiej wiosny), kapitan Żbik rozmiłowywał dzieci w ormowcach, a komiks o Klossie sprawiał wrażenie, że radzieckie podziemie niemalże załatwiło Rzeszę bez wsparcia aliantów i Armii Krajowej. Christa inaczej: opowiadał historie, sypał żartem, pozwalając sobie co najwyżej na niewinne nabijanie się z niedogodności stwarzanych przez komunę. Innymi słowy czytelnik miał wrażenie obcowania z czymś nowym, fajnym, nieskorumpowanym przez wyobraźnię czerwonych cenzorów.

Z czasem Christa pozwalał sobie na wykpiwanie wprost absurdów PRL, mając pewność, że system zdycha i krzywdy mu nie zrobi. Miał prywatne powody do złości - w czasach, gdy Rene Goscinny czy anglojęzyczni twórcy komiksu tłukli ciężkie kokosy, on zarabiał marnie, mimo wielkich nakładów. Za komuny już tak było - nie liczyło się za bardzo, kto ile sprzeda (Papcio Chmiel ma podobne doświadczenia), słabi twórcy żyli na koszt tych mocnych, więc - co jest po prostu żałosne i przykre - nasz najwybitniejszy twórca komiksowy profitów nie doświadczył.
Zresztą nieodmiennie sprytni i naładowani optymizmem mieszkańcy Mirmiłowa dawali nadzieję potrzebną w niełatwych czasach, a przykład zbójcerzy pokazywał, że ci źli są jednak głupsi i zawsze dadzą się wykiwać.

Geniusz autora dokonał rzeczy szczególnej, która nie wyszła nikomu z jego pokolenia - stworzone przez niego sceny, powiedzonka weszły do obiegu potocznego i na upartego można by porozumiewać się wyłącznie "Christą". Nie chodzi nawet o to, że sformułowania w rodzaju "na plasterki" albo "posadźcie na mym grobie orchidee" budzą skojarzenia tyleż jednoznaczne, co powszechne. Wyobrażam sobie sytuację, w której dwóch gości siada i opowiada sobie o czymkolwiek: o zdradzie, przyjaźni, podróży, kłopotach w robocie albo i o tym portalu, używając wyłącznie cytatów, obrazków, scenek z dzieł Christy. Nie trzeba nawet mieć ich przed sobą. Ludzie pamiętają.

Dziś, ze względu na wspomniane aluzje do współczesności, Kajko i Kokosz mogą wypaść ciut niezrozumiale. Starsi czytelnicy obcujący ze wznowieniem przypomną sobie szczenięce lata, a młodsi mogą porównać naszą klasykę z obcą, która dopiero teraz dociera do nas szeroką falą. Swojego czasu Marcin Lorek podjął heroiczny trud udowodnienia, że podobieństwa między Asteriksem a Kajkiem i Kokoszem mają charakter drugorzędny. Cóż, równie dobrze można by tłumaczyć, jaki to dobry wikary byłby z Marylina Mansona. Podobieństwa są oczywiste: dwaj wojowie o podobnych osobowościach, gród w ciągłym zagrożeniu, intensywnie zarysowane tło, wódz paranoiczny i do tego zdominowany przez żonę, zresztą Christa sam w otwarty sposób przyznawał się do inspiracji francuskim duetem.

Tak, Christa Kajka i Kokosza odgapił, zerżnął, uczyniło to jednak w stylu tak wielkim, że należą mu się brawa, a nie jakiekolwiek dąsy. Już same realia, w których tworzył, zezwalały na kopiowanie, w końcu samochody, telewizory, a nawet cola stanowiły mierne kalki zachodnich pierwowzorów, tymczasem komiks Polaka błyszczy, zostawiając w tyle dość głupkowaty, powiedzmy sobie szczerze, pierwowzór. Rene Goscinny jako scenarzysta miał momenty autentycznej wielkości, lecz jego Asteriks zwyczajnie męczy wesołością rodem z McDonalda, powielaniem schematów i nieustannym stosowaniem tych samych rozwiązań w każdym kolejnym albumie. Sam pomysł napoju magicznego to cudowne rozwiązanie pozwalające wyplątać się bohaterom z każdej kabały, zarazem plączące fabułę i skazujące ją na nielogiczność. Pozbawieni magicznego wsparcia Kajko z Kokoszem są prawdziwymi bohaterami, którzy muszą radzić sobie z przeciwnościami za pomocą rozumu i mięśni bez dopalaczy. Brawa za takie nawiązania - polski autor znajduje się o kilka poziomów wyżej nad francuskim pierwowzorem.

A teraz się skończyło.

Wraz z Christą odchodzi pewna epoka w polskim komiksie. Jego śmierć ma znaczenie symboliczne. Nie rysował od dawna, pozostawał jednak obecny i dopiero teraz wiemy, że wszystkie stworzone przez niego światy zamarły, bez nadziei na ciąg dalszy.

Kajko, to wcale nie jest śmieszne.

Zapraszamy do komentowania artykułu
Wypowiedz się na forum o2.pl
Łukasz Orbitowski

Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2017 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )