Gwiazdy mają to do siebie że spadają. W gruncie rzeczy gwiazda, która upadła, wydaje się bardziej interesująca od tej, która wciąż świeci, a trzeba przyznać, że mało kto zleciał z parnasu równie kolorowo jak Boy George. Większość popularnych wykonawców poprzedniej dekady zwyczajnie nie żyje lub odgrzewa stare dania. Limahl z Kajagoogoo grywa na prywatnych imprezach, próbując zachować resztki dawnej urody. Ronnie James Dio dorabia do emerytury, wykonując z kolegami stare kawałki Black Sabbath. Sabriny, Samanthy Fox grają okazjonalnie dla małej publiczności, a Dieter Bohlen (Modern Talking) stracił majątek życia za sprawą swojego menedżera; dziś pisze książki, doczekał się też filmu o sobie. Nie ma źle. Czasem przypomnimy sobie o kimś, z powodu jego nieszczęścia, najczęściej o skutkach śmiertelnych. Na tle konających kolegów Boy George wypada barwnie, nie tylko ze względu na strój.
Jeśli spadać, to z wysokiego konia. Kiedy w połowie lat 80. Culture Club wypuścił takie kawałki jak Do You Really Want To Hurt Me i Karma Kameleon, świat oszalał i zagłosował portfelem - zespół sprzedał 50 milionów płyt i dwa razy tyle singli, co rodzi pytanie najprostsze z możliwych: gdzie teraz jest ta kasa? Zapewne weszła w żyły lidera i kolegów, którzy po pierwszych sukcesach rozmiłowali się w heroinie. Trzeba jednak przyznać, że powodzenie pierwszych dwóch płyt było w pełni zasłużone. Niemała w tym zasługa samego Boya George'a, stworzonego do układania wpadających w ucho linii wokalnych, które potem cudnie wyśpiewywał. Sam image odegrał kluczową rolę. Dziś wokalista stał się karykaturą samego siebie, ale dwie dekady wcześniej wystarczyło zerknąć na zdjęcie zespołu, by go zapamiętać. Odrealniona, androgyniczna postać, dziwacznie kołysząca się w teledyskach, sprawiała wrażenie gościa z innego świata, kogoś interesującego i nieludzkiego zarazem. Sam wydźwięk tekstu nie pozostawał bez znaczenia - dostrzegasz potwora, a ten pyta: czy naprawdę chcesz mnie skrzywdzić? Jakkolwiek głupio teraz to wygląda, Boy George miał pomysł na siebie, dar do melodii i wiedział, jak to połączyć. Homoseksualistę i transwestytę w 1984 roku dotknął palec Boży.
Ta sama intuicja, której zaufał, wymyślając samego siebie i komponując muzykę do dwóch pierwszych albumów
Culture Club, zaczęła go zawodzić. Człowiek, który wyniósł swój zespół na szczyt, doprowadził do jego upadku.
Boy ćpał już wcześniej, ale sukces sprawił, że mógł czynić to bez ograniczeń; uzależnił się od heroiny, a jeśli wierzyć plotkom, dawał w żyłę z gorliwością, która zdumiewała nawet kolegów od strzykawki. Przynajmniej przeżył. Klawiszowiec
Michael, udzielający się okazjonalnie w
Culture Club, umarł po przedawkowaniu heroiny; pech chciał, że akurat w domu
Boya George'a. Drugi trup trafił się na przyjęciu, gdzie balował nasz gwiazdor. Zaczęły się pierwsze aresztowania. Przy samym
George'u znaleziono marihuanę, przez całe tygodnie pozostawał nieprzytomny. Naćpany celebryta jest dla gawiedzi bardziej atrakcyjny niż trzeźwy, niestety nieustanne odurzanie się rodzi konflikty i raczej utrudnia proces twórczy. Dwie następne płyty
Culture Club nie odniosły sukcesu i zespół się rozwiązał.
Culture Club próbowali nawet wracać w ostatnich latach, co wyszło im raczej nieszczególnie. Niestety nie dowiemy się już, czy "reunion" nie wypalił ze względu na dawne animozje, czy też przez samego
George'a, który ze względu na problemy z narkotykami i oskarżenie o gwałt nie mógł wyjechać do Stanów. Wybór: kisić się w Europie czy podbijać Amerykę z nowym wokalistą przechylił się na korzyść drugiej opcji i weterani new romantic spróbowali szczęścia z kimś innym za mikrofonem. Żenujące przedsięwzięcie zakończyło się tak, jak powinno, a sam upadły gwiazdor w wywiadach klepał po plecach dawnych kolegów, mówiąc, że to obraźliwe, ale nie ma żalu.
Nie ma chyba cudotwórcy, który zdołałby przywrócić
Culture Club do świata żywych, za to
Boy George pozostawał muzycznie aktywny. Chwali mu się, że nie grzązł w jednej stylistyce; szukał, kombinował, zostawiając sobie jedynie charakterystyczny image, do którego był chyba naprawdę przywiązany. Wydany w 1987 roku album
Sold cieszył się jeszcze powodzeniem, niestety narkotykowe plany gwiazdora przeszkodziły mu w promowaniu płyty za Atlantykiem. Amerykańskie władze nie chciały wpuścić
Boya George'a do Stanów, za to niektóre jego kawałki zyskały spore powodzenie w kręgach alternatywy. Jednocześnie artysta konsekwentnie wzmacniał swój wizerunek: próbował zajmować stanowisko w sprawach społecznych dotyczących mniejszości seksualnych, wreszcie przyjął kobiecy pseudonim i uznał za stosowne nagrywać pod nazwą
Jesus Loves You. Nie przeszkadzało mu to zostać wyznawcą
Hare Kriszna. Grał, ćpał, bawił się w didżejkę, jak zresztą każdy, z metalowcami włącznie, aż dotarł do miejsca, w którym jest teraz.
Mógłby żyć całkiem wygodnie. Oficjalna strona aż skrzy optymizmem, pełno tam informacji o nieustających sukcesach i można odnieść wrażenie, że
George zaraz pojedzie w trasę z
Britney Spears jako support. Za to brak tam czegokolwiek o niedawnych katastrofach. Gdyby nie one, muzyczna emerytura artysty byłaby całkiem znośna. Wciąż może grać w klubach i na prywatnych imprezach, środowisko gejowskie jest raczej zwarte i wspiera swoich, nawet jeśli ci swoją postawą kompromitują homoseksualistów. Do tego można brać forsę za pojawianie się w telewizji. Prawdziwe gwiazdy wybrzydzają, a
Boy pojedzie wszędzie, pogada, zaśpiewa, słowem jest pożyteczną ozdobą każdej, najmniejszej nawet stacji. Jego obecna prezencja - makijaż na tłustej, starzejącej się twarzy, paranoiczne ruchy, nerwowy śmiech - zdradza, że mamy do czynienia z człowiekiem na skraju rozpadu.
Nie sposób też stwierdzić, czy upadły gwiazdor jest idiotą, czy zwyczajnie ma pecha. Prawda zapewne leży po środku. Faktem jest, że masa ludzi ze świata muzyki ćpa na potęgę i to bardziej efektownie, a jednak to
Boy George, a nie
Amy Winehouse, zamiatał ulice w pomarańczowym kombinezonku (kara za posiadanie kokainy i fałszywe zeznania). Ludzie też wydziwiają w sypialniach, też biją żony, kochanków, własne matki, co uchodzi im na sucho. Za wokalistą
Culture Club właśnie zatrzasnęły się drzwi więzienia. Cała sprawa wydaje się szyta grubymi nićmi. Pewne jest, że panowie poznali się przez agencję towarzyską. Rzekomy pokrzywdzony zarabiał na życie, świadcząc usługi seksualne. Mógł więc, jak uznał sąd, zostać zwyczajnie skrzywdzony, nie wiedząc, co go czeka w apartamencie gwiazdora. Inny scenariusz: rzekoma ofiara zgadza się na wszystko, na kaloryfer, bicie, kajdanki, po czym postanawia ugrać coś jeszcze, wyciągnąć forsę od pechowego sponsora. Wychodzi z szantażem, sprawa ląduje w sądzie, a
Boy George ze swoją reputacją stoi na straconej pozycji. Tego już się nie dowiemy.
Trudno mi ocenić faceta, którego w życiu nie spotkałem i znam go wyłącznie z mediów. Figurze
Boya George'a towarzyszy jednak odór o wyjątkowej mocy, rzadki nawet w zatęchłym, zdemoralizowanym środowisku gwiazd i gwiazdeczek. Mamy kilka trupów, gwałty, narkotyki, a w centrum - słabego, zdezorientowanego człowieczka, który opowiada, jak mu jest źle, jak to się dręczył i że bardzo kocha mamę. Jego upadek, wyjątkowo efektowny, stanowi zwieńczenie niezwykłej drogi Brytyjczyka. Prosty chłopak z robotniczej dzielnicy wędruje na szczyt. Gdyby jeszcze z niego po prostu zleciał, ale nie, on się osuwa, pomalutku, aż ze zdziwieniem znajduje swoją twarz w błocku.
Trudno znaleźć coś na jego odkupienie. Zapewne jest wrażliwym facetem, niestety zorientowanym wyłącznie na siebie i własne przyjemności.
Przede wszystkim sam sobie muszę wybaczyć - mówi w wywiadzie, dorzucając tylko -
choć zdaję sobie sprawę, że przez moje uzależnienie krzywdziłem także swoich bliskich i przyjaciół. Nawet teraz, kiedy wylądował na dnie, o innych mówi wyłącznie we własnym kontekście: ten mu pomógł, tamten nie, ci są mili, a ci znów okropni. Widzi siebie jako centrum widzialnego wszechświata, nie rozumiejąc, że przeminął cały, w każdym swoim wymiarze. Stanowi ogniwo pośrednie między odrealnionymi gwiazdami popu, gdzieś pomiędzy
Davidem Bowie a
Marilynem Mansonem, nie dorastając obu do pięt. Tak długo przebierał się za potwora, aż potworem został, by ostatecznie się rozmyć. Za kobiecym makijażem nie ma nic, tylko pustka.
Zapraszamy do komentowania artykułu
Wypowiedz się na forum o2.pl
Łukasz Orbitowski