o2 doza kultury

Seks w więzieniu

2009-02-25



To niewyobrażalne, ale w ogrodzonym kratami i murami miejscu, gdzie żyją ludzie, którzy zrobili coś bardzo złego, nie myśli się o ciążących na nich winach, tylko o czymś zupełnie innym. O tym, jak wyrwać się na wolność i jak znowu zażyć seksualnych rozkoszy i przytulenia się do kobiety, która pachnie znajomym zapachem.

Najbardziej brutalni przestępcy rozklejają się na widok swoich kobiet i dzieci, które z nimi spłodzili. Tęsknią za rodziną, ciepłem, szczerą, choć może prymitywną rozmową ze swoją ukochaną i... za możliwością wyrwania się z nią na wolność.

Serce potwora

Powszechnie wiadomo, że za kraty rzadko trafiają niewinni. Wśród lokatorów więzień są za to takie indywidua jak bandzior, który przewodził gdańskiemu gangowi parszywej dwunastki (wkładał swoim ofiarom rozgrzaną lokówkę w odbyt), czy szef gangu haraczowników (zakopywał niepokornych, którzy nie chcieli płacić haraczy, do wysokości głowy w wykopanym przez nich rowie i groził, że ich zastrzeli). Inny przestępca wysadził w powietrze mercedesa przedsiębiorcy z Kaszub. Wracała nim z uroczystości rozdania świadectw maturalnych córka biznesmena.

Lista takich postaci jest długa. Brutalność, bezwzględność i nieokazywanie wyższych uczuć to w kryminale standardowe zachowania, "twardym trzeba być, nie miętkim". A jednak dla każdego z potworów przychodzi taki moment, w którym ludzie uważani przez nas za zwierzęta zaczynają być czuli, pokorni, przyjacielscy. Dzieje się tak wtedy, gdy chodzi o wolność i kobietę.

Więzienne in vitro

Zazwyczaj jednak seks, erotyka i wszystko, co z nimi związane, traktowane są instrumentalnie.

- Zdarzały się takie sytuacje, że delikwent przesyłał swoją spermę w foliowym woreczku do kobiecej celi - wspomina emerytowany wychowawca z gdańskiego aresztu. - Ukochana w wiadomy sobie sposób zachodziła w ciążę i dzięki temu opuszczała więzienne mury. Stamtąd mogła pomóc ojcu swojego dziecka wyrwać się zza krat.

Inne wspomnienia o seksie w więzieniu ma Mieczysław, który odsiedział siedem lat (imię na jego prośbę zostało zmienione - przyp. red.).

- Żeby bzyknąć pannę w kryminale, wystarczy dobrze żyć z klawiszami i mieć czym zapłacić. Okazji jest multum. W półwolnościowym możesz shaczyć kobitkę w kuchni, w pracy albo nawet w celi. Wystarczy, że oddziałowy będzie przez kilkadziesiąt minut "zajęty" i już masz z nią niebiańskie rozkosze.

Więzienie to nie motel zakochanych

Rzeczywistość erotyczna polskich więzień nie jest jednak tak niebiańska. Choć ściany cel wyklejone są wyciętymi z kolorowych magazynów zdjęciami nagich dziewczyn, a seks to jeden z głównych tematów więziennych rozmów, to większość pensjonariuszy załatwia te sprawy "we własnym zakresie".

Proceder masowego onanizmu i stosunki homoseksualne opisał przed laty Andrzej Stasiuk w książce Mury Hebronu. Jęki gwałconych "cweli", sperma spływająca po ustach męskiej prostytutki "Marii", wszechobecna przemoc seksualna i milczące przyzwolenie więziennych dozorców.

Przeprowadzałem przed laty wywiad z Polką skazaną w Szwecji za przemyt na 6 lat więzienia. Kobieta próbowała przewieźć do Sztokholmu narkotyki w pasie przewiązanym pod biustonoszem. Wpadła, bo ktoś na nią doniósł.

Pierwszym szokującym przeżyciem było to, że korzystając z pomocy kolegów ze Sveriges Radio (odpowiednika Polskiego Radia), mogłem do niej do więzienia najzwyczajniej zadzwonić. Siedziała w zakładzie karnym w północnej Szwecji. Opowiadała o tym, co zrobiła, o tym, jak ją złapano, i że może spotykać się ze swoim dzieckiem, które mieszka w domku na terenie więzienia. Regularnie odwiedzał ją też mąż, z którym mogła spotykać się bez świadków. Mówiła, że bardzo za nim tęskni, ale wie, że już niedługo będą razem. Intymne widzenia z partnerem i bliskość dziecka pomagały jej przetrwać. Legalny seks w więzieniu - to brzmiało jak bajka.

Więzienie to nie je bajka

Zakład Karny w Tarnowie. Od dłuższego czasu więźniowie próbują wyprosić u dyrektora choć jedno niewielkie pomieszczenie, w którym mogliby się spotykać wyłącznie z żonami. Są nawet gotowi zapłacić za jego remont lub wykonać go własnoręcznie.

- Więzienie to nie je bajka - powiedział mi kiedyś 65-letni skazany z Łęczycy. Odsiadywał 25-letni wyrok za podwójne zabójstwo i zbliżał się do końca kary. - Więzienie to nie je bajka. To je bitwa - rzekł sentencjonalnie.

"Jebajka" i "jebitwa" jest marzeniem niejednego z ludzi, normalnych ludzi, odizolowanych od nas, od swojego domu, od swojej kobiety. Teoretycznie zasłużyli na to, tak jak na przykład dwukrotny zabójca. Czy jednak można zrobić coś, by żyli za murami bardziej normalnie i wrócili kiedyś do naszej normalności?

Oczywiście muszą zapłacić za swoje grzechy, ale oprócz "funkcji odwetowej" kary więzienia jest jeszcze funkcja poprawcza. Ów starzejący się morderca zbudował w celi z cierpliwie gromadzonych tysięcy zapałek model klasztoru z Jasnej Góry - imponujące zapałkowe dzieło. Na tę pracę przeznaczył kilkanaście miesięcy, a może nawet kilka lat swojego więziennego życia, włócząc się z tym klasztorem po różnych zakładach karnych. Miał więc sens życia. Może gdyby miał kontakt ze swoją rodziną, żoną (jej, jak wynika z akt sprawy, nawet nie drasnął), mógłby odbudować swój normalny dom zamiast katedry z zapałek.

W kryminale nie ma miejsca na miłość

- Planujemy zmiany, ale chwilowo nie mamy na to miejsca - mówi jednej z lokalnych gazet dyrektor więzienia Jan Sudia. - Przy takim przepełnieniu więzień jak dzisiaj doprawdy trudno pochylać się nad miłością.

Nad miłością nie pochylił się także Krzysztof Mazur, dyrektor więzienia w Siedlcach, który publicznie stwierdził, że pokoi, w których więźniowie mogliby spotykać się intymnie z żonami, w jego więzieniu nie będzie. Powód? Nie mieści się to w jego "wyobrażeniu o liberalizmie w postępowaniu z osadzonymi". Osadzeni u Mazura mogą więc wyrażać swoje uczucia wyłącznie słowami. I wyrażają. Zrzucają z okien więzienia grypsy, które często trafiają w przechodniów. Krótsze: "Kochasz mnie? Ja cię kocham". I nieco dłuższe: "Jak mnie zdradzisz, suko, moje pięści cię zatłuką".

Szansą na spotkanie z żoną, narzeczoną, dziewczyną jest jednak przepustka. Dwa, trzy dni, podczas których można dojechać na drugi koniec Polski, odwiedzić rodzinny dom, zobaczyć dzieci i pokochać się ze swoją kobietą. Humanizacja wykonania kary, ogłoszona przed laty przez szefa więziennictwa Andrzeja Moczydłowskiego, stopniowo stała się fikcją. "Miękkie cele", miejsca, gdzie więzień mógł bez świadków spotkać się ze swoją połowicą, tak chętnie prezentowane dziennikarzom, stały się medialną legendą.

Szary więzienny świat i kolorowe lasie

Poczekalnia przy bramie gdańskiego aresztu przy ulicy Kurkowej. W ciasnym wnętrzu czekają strapieni rodzice, szwagrowie i... młode kobiety - lasie Najczęściej z kilkuletnimi dziećmi. Ubrane w wyzywające stroje, kapiące plastikowym złotem, świecące odsłoniętymi brzuszkami, stukające w zdezelowany stół polakierowanymi paznokciami, na których błyszczą tipsy. Za chwilę spotkają się ze swoim facetem. Będą mu w pokoju widzeń opowiadać, jak za nim tęsknią, a on będzie pożerał je wzrokiem.

Jeszcze gorzej jest na rozprawie w sądzie. On wchodzi na salę sądową skuty kajdankami w asyście policjantów. Nierzadko musi usiąść w szklanej klatce, otoczony uzbrojonymi funkcjonariuszami prewencji. Może powiedzieć cokolwiek, gdy sędzia (często atrakcyjna kobieta) mu pozwoli.

Po drugiej stronie bariery, na ławie dla świadków i publiczności, siedzi jego pani. Jeszcze bardziej elegancka i wyzywająca niż podczas widzenia w kryminale. Wokoło siedzą mężczyźni, ci z rodziny i ci obcy - najczęściej dziennikarze. Wolni, swobodni, niektórzy bardzo przystojni. Bóg jeden wie, co będą robić i mówić sobie po rozprawie, gdy na korytarzu sądowym zetkną się z jego najdroższą. W dodatku ona wciąż w ręku ściska komórkę, jakby zaraz miał do niej ktoś zadzwonić. Strzela oczami na lewo i prawo.

Dziewczyna z plakatu

Cela jednego z polskich więzień. Tak jak wszędzie ściany są wyklejone wyciętymi z kolorowych gazet fotosami nagich dziewczyn. Królują na nich panienki w stylu Dody - szczupła, duży biust, blond grzywa i jędrne pośladki.

W atmosferze więziennej nudy i szarości, która jest największym wrogiem człowieka za kratami, to skraweczek kolorowego świata. Jeśli nie masz prawa do pracy, nie jesteś w "półotwartym", to dwadzieścia trzy godziny na dobę (z przerwą na spacer i jakieś drobne sprawy - zakupy w więziennym sklepie, kąpiel w łaźni) spędzasz pod celą. Ona jest tam, na wolności. Jeździ twoją bryką i spotyka twoich kumpli pozostających na wolności. Pewnie ma jakiegoś frajera, którego poznała w twojej osiedlowej dyskotece, albo gzi się z jednym z tych dupków dziennikarzy, a może nawet z jakimś prokuratorkiem. Adrenalina uderza do głowy, a wyobraźnia pracuje jak turbina "beemwicy".

Tutaj rodzi się agresja, której nie możesz wyładować nigdzie poza celą. Wychowawcy i oddziałowi milczą na temat tego zjawiska. Wolą, żeby opinia ich zakładu karnego nie była nadszarpnięta. Zupełnie tak jak naczelnik więzienia z filmu Killer (znakomita rola Marka Kondrata), który mówi powabnej dziennikarce: Jestem świetny i nikt mi nigdy nie uciekł!

Rzeczywistość jest trochę inna.

- Zazdrość to zmora skazańców - przyznaje w jednym z wywiadów prasowych Luiza Sałapa, rzeczniczka Centralnego Zarządu Służby Więziennej. - To główny powód załamań psychicznych więźniów, ale też ucieczek.

Wbrew obiegowej opinii mężczyźni nie uciekają z zakładów karnych dlatego, że brakuje im wolności. Uciekają z braku pewności, czy ich rodziny, czyli jedyne, co im naprawdę na wolności zostało, jeszcze istnieją. - Kiedy mąż lub żona trafia do więzienia, los całej rodziny zaczyna wisieć na włosku - przyznaje doktor Alicja Długołęcka, seksuolog. - Sytuację mogą uratować tylko w miarę częste kontakty małżonków, również w warunkach intymnych. Brak tych kontaktów jest dla skazanych źródłem ogromnego cierpienia. Zdaniem Długołęckiej cierpienie to nadzwyczaj często przeobraża się najpierw w rozpacz, potem w bunt, a na końcu w agresję.

Fajna d… za bramą

Znowu areszt śledczy w Gdańsku. Rocznica strajków sierpniowych. Dyrekcja zorganizowała koncert barda "Solidarności", który zaśpiewa osadzonym o "tamtych grudniowych wypadkach" i o tym, "jak na drzwiach ponieśli go Świętojańską". Wielu z działaczy opozycji - Adam Michnik, Bogdan Borusewicz, Jacek Kuroń - siedziało kiedyś w tym więzieniu. Ciekawe, jak dzisiejsi więźniowie zareagują na śpiewaną lekcję historii dwudziestowiecznej Polski na początku XXI wieku.

Postanawiam wybrać się na ten koncert. Młody dyrektor ZK jest przychylny temu pomysłowi. Zabieram ze sobą fotoreporterkę jednej z ogólnopolskich gazet. Sympatyczna, inteligentna dziewczyna, robi świetne zdjęcia. Będzie z tego naszego wypadu świetny materiał. Ja opiszę, ona sfotografuje.

Wchodzimy do biura przepustek. Zostawiamy dokumenty, telefony komórkowe i inne przedmioty, które mogą być zdaniem funkcjonariuszy służby więziennej niebezpieczne (ja zostawiam klucze do samochodu i dyktafon). Po pokonaniu labiryntu "poziomych i pionowych" korytarzy, niezliczonej ilości krat i schodów wchodzimy na salę, na której odbywają się zajęcia kulturalno-oświatowe.

- Wiesz, Beata, poczekaj za drzwiami, a ja wybadam sytuację - mówię cicho i staję pod ścianą. Na sali kilkudziesięciu mężczyzn w sile wieku. Pachnie spoconymi ciałami. Na niektórych twarzach widać tatuaże, na innych ciekawość, na jeszcze innych adrenalina błyskająca spod przymkniętych powiek. Na scenę wchodzi Tolek - ów bard, który ma opowiedzieć pieśnią o tym, co wydarzyło się na Wybrzeżu w czasach walki o wolność. Zaczyna się pierwsza piosenka. Znudzenie na sali pod przykrywką zainteresowania (oddziałowi czuwają) jest bardzo widoczne. Druga piosenka. Zaczynają się rozmowy wśród publiczności, choć panowie w pierwszych rzędach z zainteresowaniem słuchają tego, jak "Janek Wiśniewski padł".

W pewnym momencie moja towarzyszka fotoreporterka nie wytrzymuje, wychyla się zza drzwi i szepcze: "Tomek, ja muszę zrobić te zdjęcia!". Prześlizguje się do ściany i zaczyna fotografować. Zachowuje się bardzo dyskretnie i dyplomatycznie, jednak w tym momencie uwaga kilkudziesięciu mężczyzn odwraca się od legendy "Solidarności" i większość z nich zaczyna lizać ją wzrokiem. Nie widzą już artysty, tylko jej czarne rajstopy. Zaczynają się głośne komentarze i prostackie propozycje erotyczne. Fotoreporterka czmycha przestraszona, a klawisze czujnie rozglądają się na boki. Wycofujemy się. Przez labirynt korytarzy w towarzystwie oddziałowego docieramy do bramy, odbieramy nasze komórki, klucze, dyktafon, dokumenty i stajemy za stalową bramą więzienia. Na wolności.

- Wiesz, Beata, o czym oni myśleli, gdy zobaczyli ciebie i słyszeli słowa tej piosenki, że "Mury runą, runą, runą!"? - pytam moją filigranową koleżankę o wyglądzie pobożnej gimnazjalistki. - Wiem - odpowiada. - O dupie!

Imię fotoreporterki zmieniłem. Dodam, że nie pracuje już w Gdańsku.

Zapraszamy do komentowania artykułu
Wypowiedz się na forum o2.pl

Tomasz Wilczewski


Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2014 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )