o2 doza kultury

Tina: kobieta nie do zdarcia

2009-03-16



Dallas, 1976 rok. Noc. Ulicą biegnie przerażona, zapłakana kobieta. Ma na sobie byle co, a w kieszeni nic oprócz trzydziestu sześciu centów i karty ze stacji benzynowej. Ta kobieta to Tina Turner, zwiewająca od swojego męża Ike'a - brutalnego sadysty, narkomana, alkoholika, zarazem architekta jej sukcesu. Tej nocy Tina zaczęła nowe życie: bez grosza przy duszy czy dachu nad głową, z połamaną karierą. Pierwsze miesiące spędziła u przyjaciół, próbując ukryć się przed swym byłym. Ten oczywiście szalał; próbował ją odzyskać, zapewne po to, by ślicznie przeprosić i znów sprać na kwaśne jabłko. Wydawało się, że już jest po Tinie. Miała trzydzieści sześć lat, zrujnowane małżeństwo i zniszczoną karierę (zespół, w którym grała razem z Ikiem, nie odnosił już sukcesów). Nadchodziły czasy punka i nic pod słońcem nie wskazywało, że o długonogiej wokalistce jeszcze ktoś usłyszy.



A początki były takie piękne. Zaczęło się od amerykańskiego snu. Tina zawdzięcza niecodzienną urodę rodzicom Afroamerykaninowi i Indiance, niestety prócz cudownej puli genów nie dali jej wiele więcej; zwyczajnie nie mogli, brakowało pieniędzy. Już jako mała dziewczynka marzyła o karierze estradowej, czyli o tym, o czym śni dziś co drugi nastolatek. Ale na przełomie lat 40. i 50. śpiewanie kojarzyło się raczej z głodem i burdami w klubach jazzowych, a nikomu nawet do głowy nie przyszło, że muzykowanie może stanowić trampolinę do sławy.

Najpierw śpiewała gospel w chórach kościelnych, by z końcem lat 50. znaleźć zatrudnienie w chórkach popularnych zespołów. Jednym z nich okazali się Kings of Rhythm, prowadzeni przez Ike'a Turnera. Turner miał już status gwiazdy i nie najlepszą opinię pijaka, ćpuna i wariata. Początkowo Ike nie chciał słyszeć o zatrudnieniu Tiny, wreszcie ustąpił i wkrótce zakochali się w sobie bez pamięci, gwiazdor i dziewczyna z prowincji. Nagrali I Idolize You, It's Gonna Work Out Fine, Poor Fool i kilka innych kawałków, wdzierając się na parnas. Zawdzięczali sobie wszystko: Ike nauczył Tinę podstaw muzycznego biznesu i pozwolił otrzaskać się na scenie. W zamian dostał charyzmatyczną wokalistkę o niezwykłym głosie, ruchach jeszcze niezwyklejszych, prawdziwe sceniczne zwierzę. Odwdzięczył się w swoim stylu - bijąc i maltretując.



Bycie bitą przez Ike'a było tak złe, jak tylko mogło, ale nie pozwolę, żeby mnie teraz prześladowało - wspomina. A mąż rzeczywiście jej nie oszczędzał, zresztą mieszanina środków odurzających w jego ciele sprawiła, że kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością. Złamał jej żebra, potrzaskał nos. Dziś Rihanna skatowana przez Browna wylądowała na pierwszych stronach gazet, a damski bokser zapłacił własną karierą za swoje barbarzyństwo, tymczasem w latach 70. obowiązywał pogląd, że bicie żon jest sprawą żon oraz bijących je mężów, a jeśli awantura dotyczyła czarnoskórych, nikt nawet palcem nie kiwnął. Zamiast sztabu prawników i wielkiej afery Tina mogła liczyć na kanapę u przyjaciółki.

Wraz z kośćmi Tiny łamała się kariera muzyczna. Otumaniony Turner nie wiedział, co się wokół niego dzieje, tracił kontrakty i coraz gorzej radził sobie na scenie. Jego żona znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia: sława przeminęła, pijany Ike został, po mieszkaniu biegały przerażone, zaniedbane dzieci. Przed koncertem w Dallas nie wytrzymała.

Początkowo nie umiała się odnaleźć, tułała się trochę i robiła to, co robią wszystkie upadłe gwiazdy: pojawiała się w programach telewizyjnych, śpiewała do kotleta, a goniąc za forsą, próbowała opiekować się dziećmi, nie tylko swoimi. Z piekła alkoholu i kokainy wciągnęła dwoje dzieci Ike'a z poprzedniego związku. Jakoś żyła, nagrywała płyty, nie przewidując sukcesów, jakie przyniosły lata 80.

Najpierw kilka singli przedarło się w górę list przebojów w Anglii i Stanach, ale wielkie sukcesy odnosili inni. Miała czterdzieści pięć lat i było pewne, że czeka ją droga w dół. Przypadek, który stał się jej udziałem, chyba nie ma precedensu. Otóż Mark Knopfler komponował kawałki do nowej płyty Dire Straits i w jednej kompozycji coś mu nie leżało. Nagrywał, słuchał, zmieniał - i tak w kółko, aż stwierdził, że męski wokal nie pasuje do muzyki. Utwór wyleciał z albumu, a Knopfler zaczął szukać wokalistki o odpowiednim, dojrzałym głosie. Padło na Tinę. Zaśpiewała tak, że klękajcie narody. Kawałek nazywał się Private Dancer i wyniósł wokalistkę na sam szczyt, pod deszcz nagród i dolarów; singiel sprzedał się w jedenastu milionach kopii.



Kto inny szedłby w to dalej, próbując wyzyskać sukces do końca, świadom, że sława szybko przemija. Tina nagrywała nowe płyty, z powodzeniem plasując kolejne single na listach przebojów, zarazem nieustannie próbowała nowych rzeczy. Jej występ w trzeciej części Mad Maxa jest właściwie jedynym powodem, dla którego warto ten film zobaczyć (echa kostiumów i scenografii pojawiają się do dziś podczas jej scenicznych występów). Następne filmowe uderzenie przyszło dekadę później, kiedy Tina, wielbicielka Bonda, nagrała tytułową piosenkę do Goldeneye, dziś może nie tak cenioną jak Live and Let Die, ale najbardziej wpadającą w ucho. Metoda jest prosta: przypomnieć o sobie raz na dekadę, mocno i z przytupem. Teraz Tina wykorzystuje własny wiek, promując trasę koncertową.



Nie mogę uwierzyć, że stoję na scenie, a mam tyle lat - mówi. - Co parę sekund pytam siebie: "co ja tu robię? Jak to się stało? Czemu nie jestem w moim wspaniałym domu w Szwajcarii i nie leżę na kanapie? (…) Zwariowałam?". Po raz pierwszy widać po niej, że się starzeje. Ruchy ma mniej żwawe, uda grubsze, twarz ciut napuchła, słowem wygląda jak zadbana pięćdziesięciolatka. Paradoksalnie brutalność męża wyszła jej na dobre. Ich zespół tonął i zapewne we dwoje nie zdołaliby wrócić na szczyty list przebojów. Od kariery ważniejsze jest zdrowie. Dziś starzejące się, zbyt długo ćpające gwiazdy w rodzaju Ozzy'ego Osbourne'a są własnymi cieniami. Tina przez szesnaście lat oglądała odurzonego małżonka i wyciągnęła wnioski: nie pali, jeśli pije, to z umiarem, nie zażywa narkotyków.

Jak przystało na wiecznie młodą, Tina ma własną filozofię starzenia się: myślę, że pięćdziesiątka to nowa trzydziestka, a siedemdziesiątka jest nową pięćdziesiątką - powiada, by zaraz dodać - wierzę, że to, jak wyglądasz, ma wiele wspólnego z tym, jak się czujesz ze sobą i swoim życiem. Szczęście jest największym sekretem urody. I można chyba w to uwierzyć, zwłaszcza jeśli człowiek popatrzy na znerwicowaną Madonnę, zakompleksioną Christinę Aquilerę, o Gosi Andrzejewicz nie wspominając.

Na tle ponurych figur ze świata show-biznesu Tina wypada jak jej piosenki: jasno i szczerze. Przeszła przez piekło, nie dała się zmiażdżyć i odniosła ogromny sukces w wieku, gdy inne piosenkarki zwykły odchodzić w cień. Do tego jej sceniczny wizerunek nijak ma się do prywatnego - wokalistka odkłada mikrofon i wraca do domu w Szwajcarii, gdzie je makarony i przytula się do swojego faceta. Zaskakująco spokojna jak na kogoś, kto przeszedł tak wiele.

Jej historia jest poniekąd odwrotnością snu o karierze. Tina szybko zyskała popularność tylko po to, by ją stracić. Niesamowity w jej historii jest niezwykły powrót, na który złożył się talent, upór i masa szczęścia. Wiele dawnych gwiazd leży na dnie i wyje rozpaczliwie z tej głębokości, można tu wymienić choćby Michaela Jacksona. Przypadek pani Turner udowodnił, że niemożliwe się zdarza, zwłaszcza że jej powrót w latach 80. to było wyznaczanie nowych standardów, a nie odgrywanie starego materiału w nowych wersjach.

A Ike? Tułał się na marginesie rynku muzycznego, wydał autobiografię, gdzie w kompletnie kretyńskim stylu przyznawał, że owszem, przywalił żonie raz i drugi, ale nie czynił tego regularnie ani specjalnie mocno, więc w sumie jest spoko facetem. Jego śmierć w zeszłym roku nie obeszła Tiny. Mówi o niej bez emocji - on nie żył dla mnie od trzydziestu lat.

Zapraszamy do komentowania artykułu
Wypowiedz się na forum o2.pl

Łukasz Orbitowski


Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2017 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )