o2 doza kultury

Z szablą na czołgi?

2009-05-22



Rozwścieczony i bezsilny polski ułan w rogatywce szarżujący z szablą w dłoni przez równinę pośród swoich konnych towarzyszy. Naprzód! Na wroga! Kiedy szwadron natrafia na pancerne czerepy i stalowe lufy niemieckich czołgów, zdesperowany obrońca ojczyzny, spinając konia przed pancerzem, wali szablą na odlew w lufę. Hurra! Hurra!

Niemiecka propaganda? Sekwencja z surrealistycznej komputerowej gry akcji? Nie, to kadr z filmu Lotna opiewającego walkę Polaków z Niemcami we wrześniu 1939 roku. Reżyserem jest Andrzej Wajda, guru polskiego kina patriotycznego (Kanał, Popiół i diament, Człowiek z żelaza), laureat Oscara za całokształt twórczości, jeden z największych współczesnych twórców filmowych. Jak mu nie wierzyć?

Spór o to, czy rzeczywiście dzielni polscy ułani szarżowali na bezwzględnych niemieckich pancerniaków, trwa do dzisiaj. Aby go rozstrzygnąć, trzeba cofnąć się w czasie o jakieś czterysta-pięćset lat.

Co ma husarz do ułana?

W XVI-XVII wieku polska jazda przeżywała okres swojej świetności i była postrachem przeciwników wszystkich nacji: Szwedów, Moskali, Brandenburczyków, Turków. Złowrogi furkot husarskich skrzydeł, który paraliżował wroga, stając się symbolem polskich zwycięstw pod Orszą (1514 r.), Kircholmem (1605 r.), Chocimiem (1612 r.) czy Wiedniem (1683 r.), na wieki wrósł w historię polskiego oręża, a kawaleria aż do 1939 roku pozostała znakiem firmowym naszego wojska. Do dzisiaj husarskie skrzydła są symbolem; zdobią m.in. emblemat orzełka na czapkach polskich lotników. Do dzisiaj też istnieją w Wojsku Polskim jednostki kawalerii, tyle że powietrznej.

W czasie tragicznych wrześniowych dni polska jazda przeprowadziła kilkanaście szarż. Która z nich mogła być osławioną szarżą na czołgi?

1 września pod Mokrą 1. i 3. szwadron 19. Pułku Ułanów Wołyńskich przy użyciu lanc zaatakował rozłożone w lesie oddziały 4. Dywizji Pancernej. Zaskoczony nieprzyjaciel nie stawiał prawie żadnego oporu i w popłochu opuścił pozycję. Polakami dowodził rotmistrz Antoni Skiba. Tego samego dnia w Lasach Królewskich nieopodal Janowa i Krzynowłogi Małej patrol 11. Pułku Ułanów Legionowych dowodzony przez ppor. Władysława Kossakowskiego natknął się na pododdział niemieckiej kawalerii. Po polskiej szarży Niemcy oddali pola.

2 września, Borowa. 1. szwadron 19. Pułku Ułanów Wołyńskich pod dowództwem rtm. Antoniego Skiby przypuszcza atak na szwadron niemieckiej kawalerii dywizyjnej. Nieprzyjaciel wycofuje się, nawet nie podejmując walki.

12 września. Nocna szarża 4. szwadronu 11. Pułku Ułanów Legionowych na wojska niemieckie. Dowódca 6. Pułku Piechoty Legionów wydał rozkaz: "Kawaleria, naprzód!" , a dowodzący 4. szwadronem por. rez. Andrzej Żyliński zinterpretował go dosłownie, co było pomyłką. Mimo dużych strat szarżujący odnieśli sukces i przyczynili się do odbicia Kałuszyna.

13 września. Szarża 1. szwadronu 2. Pułku Ułanów Grochowskich załamała się pod ogniem niemieckim.

19 września. Wólka Węglowa. Część 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich pod dowództwem płk. Edwarda Godlewskiego otrzymała rozkaz rozpoznania sił niemieckich. Szarża pod dowództwem por. Mariana Walickiego w kierunku na Wólkę Węglową była dla wypoczywających Niemców kompletnym zaskoczeniem. W jej trakcie pod jednym z ułanów niosącym drzewce sztandaru załamał się koń. W ostatniej chwili kpr. Mieczysław Czech podjął sztandar i dołączył do dowódcy. Za ten czyn gen. Juliusz Rommel odznaczył go własnym orderem Virtuti Militari. Ułanom udało się nie tylko pokonać wroga, ale i wkrótce po bitwie nad Bzurą przebić do oblężonej Warszawy.

Najbardziej spektakularna, a zarazem zbliżona do legendy o ataku konnicy na czołgi była szarża z 1 września, przeprowadzona pod Krojantami. 18. Pułk Ułanów Pomorskich dowodzony przez płk. Kazimierza Mastalerza miał zaatakować Niemców, by umożliwić wycofanie się polskiej piechocie. Wykonując manewr na tyły 2. Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej Wehrmachtu, Polacy zaskoczyli 800-osobowy oddział niemiecki. Niemcy ponieśli druzgocącą klęskę wiążącą się z ogromnymi stratami, a po stronie polskiej zginął m.in. płk Mastalerz. Z odsieczą niemieckiej piechocie ruszyły jednak ukryte w lesie transportery opancerzone. Na polskich ułanów spadł huraganowy ogień. Ta wojenna potyczka nabrała rozgłosu; wspominał o niej później w swojej książce sam Heinz Guderian. Niemcy wykorzystali ją też w swoich celach propagandowych, posługując się kłamstwem - jednym z ulubionych narzędzi Józefa Goebbelsa.

Jak było naprawdę?

Jest wczesny ranek pierwszego dnia wojny. 2. i 20. Dywizja Zmotoryzowana gen. Heinza Guderiana rozpoczyna atak na Polaków w Borach Tucholskich. Zgrzyt gąsienic, huki wystrzałów, trzask łamanych drzew, swąd spalenizny, rozpaczliwe komendy bojowe... - tak wyglądały pierwsze godziny batalii. Polscy obrońcy trzymają się do południa, ale kilka przestarzałych tankietek i piechota nie są w stanie powstrzymać pancernej nawały. Pułkownik Mastalerz postanawia siłą dwóch szwadronów zajść Niemców od tyłu i zaatakować. Wczesnym wieczorem na otwartym terenie dopada nie spodziewający się niczego batalion piechoty. Polscy ułani szarżują na wroga, wycinając go w pień i sami nie ponoszą prawie żadnych strat. Hurra!

Nagle jednak z leśnych zarośli wyłaniają się złowrogie wozy pancerne wyposażone w ciężkie karabiny maszynowe i działka 20 mm. Rozpoczyna się rzeź. Ginie Mastalerz i jego sztab. Wkrótce po bitwie Niemcy sprowadzają na miejsce włoskich korespondentów wojennych. Pokazują im trupy ludzi i koni, zniszczony rynsztunek, wraki czołgów, ślady walki. Łatwo udaje im się wmówić sojuszniczym reporterom, że Polacy usiłowali zaatakować konno z szablami... czołgi. Wiadomość o tym "szaleńczym ataku" idzie w świat. Bajeczkę podchwytuje niemiecka propaganda. Niemcy tworzą mit o "głupich Polakach" m.in. po to, by przekonać naszych zachodnich sojuszników, że polska armia nie jest godnym szacunku partnerem, tylko swoistym oddziałem straceńców. Powstają sfałszowane zdjęcia i nazistowskie filmy propagandowe, które wyświetlane są w niemieckich kinach jak Rzesza długa i szeroka. Widzom nie przeszkadza nawet fakt, że "polscy" ułani mają na głowach charakterystyczne "stahlhelmy".

Z diabłem na czołgi

Inną wrześniową ofensywą, która mogła stać się pierwowzorem dziwacznej legendy o ataku konnicy na czołgi, była szarża, którą w swojej książce Diabeł polski w rzeźbie i legendzie (Warszawa 1990) opisuje Wiktoryn Grąbczewski. W roku 1959 spotkałem przypadkowo gen. dr. Romana Abrahama (jednego z najwybitniejszych dowódców wrześniowych - przyp. TZ). Opowiedziałem mu tę legendę (o zaciągnięciu się diabła Boruty do ułanów - przyp. TZ). Generał z uwagą jej wysłuchał i po namyśle powiedział: Czy pan wierzy w te brednie dotyczące szarży na czołgi? To brednie! Zwykła niemiecka propaganda podchwycona przez niektórych naszych pseudohistoryków lat czterdziestych. Chciano nas, dowódców, tym ośmieszyć. Pokazać jako nieuków, wymachujących szabelką i lancą na czołgi. To niechybna śmierć naszych żołnierzy, do której nigdy byśmy nie dopuścili. Widzę, że zmartwiłem pana, niszcząc mu legendę. Jednak w każdej legendzie jest trochę prawdy. Przypominam sobie taki fakt. Mój sztab stanął w majątku Psary na odpoczynek. W późnych godzinach popołudniowych zameldował się u mnie dowódca patrolu konnego i zakomunikował, że na drodze z Bielaw do Głowna pojawiła się kolumna 6 nieprzyjacielskich czołgów. Czołgiści stanęli nad rzeczką, wyszli z czołgów i biwakują. Po usłyszeniu meldunku poleciłem natychmiast wysłać tam szwadron i zaatakować odpoczywających, gdy tylko nastanie szarówka. Szwadron, który wykonywał bojowe zadanie, wyskoczył na koniach z lasu tak szybko, że Niemcy nie zdążyli zorganizować obrony. Część z nich poległa. Część wzięliśmy do niewoli. Czołgi spaliliśmy, gdyż nikt z nas nie potrafił ich obsługiwać. W czasie tej małej "szarży" szwadron wzniósł okrzyk: hurrra!! Błysły strzały. Płonące czołgi. Były trupy, jak to się na wojnie często zdarza. Z oddalonych budynków wieśniacy musieli to wszystko obserwować i stąd pewnie powstała ta piękna i patriotyczna legenda. A że działo się to na Ziemi Łęczyckiej, nie mogło zabraknąć diabła Boruty.

Legenda owa głosi, że do jednego szwadronu Wielkopolskiej Brygady Kawalerii zaciągnął się jako ułan. Wspomagał towarzyszy broni swoim uzbrojeniem - lancą zakończoną widłami. Szwadron, w którym służył Boruta, gdzie tylko się pojawił, wzniecał strach i popłoch w szeregach wroga. Jak niesie wieść, miał on swoją lancą przecinać czołgi, zapalać je. Któregoś dnia Boruty zabrakło. Wmieszały się w to diabły niemieckie. Wyprosiły u Lucypera, żeby odwołał Borutę do piekieł, co też uczynił, a gdy Boruta przepadł, przepadła też kawaleria.

Historia bez mitów

Prawda o polskiej kawalerii w pierwszej połowie XX wieku jest dużo mniej baśniowa i barwna, ale nie mniej chwalebna. Sformowane zaraz po odzyskaniu niepodległości przez II Rzeczpospolitą oddziały polskiej konnicy okazały się bardzo przydatną na polu walki formacją. Swojej wartości dowiodły już w czasie wojny polsko-bolszewickiej, gdzie na szerokich przestrzeniach kresowych nie miały sobie równych. Niezwykle szybkie i mobilne jak na ówczesne warunki szwadrony kładły pokotem przeciwnika. Na bezdrożach, podmokłych łąkach i w lasach ten rodzaj sił zbrojnych był nie do przecenienia. Do tego dochodziło wysokie morale ułanów, którzy byli ówczesną elitą armii, a każdy młody chłopak marzył, by dali mu konika cisawego. Międzywojenna kawaleria była też całkiem nieźle uzbrojona i nie chodzi tu bynajmniej o szable i lance (oczywiście były używane), ale o niezwykle udane karabiny przeciwpancerne Ur i działka Bofors kal. 37 mm. Taktyka walki polegała na szybkim przemieszczaniu się przy użyciu konnych zaprzęgów, spieszaniu ułanów i natarciach prowadzonych tak, jak to robi klasyczna piechota.

Choć we wrześniu 1939 roku kawaleria była już formacją nieskuteczną przeciw czołgom, dobrze zdała swój wojenny egzamin. Dlaczego przyszło jej walczyć przeciwko zmotoryzowanym i pancernym oddziałom? Cóż, stan ekonomiczny i techniczny ówczesnego Wojska Polskiego dzisiaj jest powszechnie znany. Młodego kraju nie było po prostu stać na rozwój nowocześniejszych rodzajów broni. Do tego dochodzi jeszcze jedna, nie mniej ważna przyczyna: legendarna polska miłość do koni...

Zapraszamy do komentowania artykułu
Wypowiedz się na forum o2.pl

Tomasz Zając


Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2017 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )