o2 doza kultury

Geje i heavy metal

2009-08-17



Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się ujawnić swą orientację seksualną: otóż jest gejem, szczęśliwie zakochanym w norweskim projektancie mody. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Gaahl do niedawna występował w ultrametalowym zespole Gorgoroth, tym samym, który wywołał w Polsce awanturę scenografią koncertową w krakowskim Łęgu. Występowi towarzyszyły efekty pirotechniczne, były nagie dziewczyny na krzyżach, groźnie wyglądający Gaahl wywrzaskiwał coś o Szatanie, aż sprawa trafiła do sądu. Z perspektywy czasu afera wydaje się równie śmieszna jak wizerunek samego zespołu, zresztą sam Gaahl wyleciał wkrótce potem, stracił prawa do nazwy i teraz, wzorem prawdziwych celebrytów, próbuje zainteresować media swoim życiem prywatnym.

Trudno oczekiwać, by geje wyrazili radość z tego coming outu, gdyż chyba tylko Boy George przynosi więcej wstydu tej mniejszości. Pomijając już muzyczną miernotę samego Gorgoroth (zespół na tle pokrewnych wypada bardzo blado), Gaahl raczej nie jest sympatycznym facetem. Kilkakrotnie trafił do więzienia, w tym raz za torturowanie mężczyzny; uznał za stosowne pobić go, upuścić krew i zmusić do wypicia. Postawiony przed sądem tłumaczył, że była to szczególnie brutalna forma samoobrony, w której posunął się ciut za daleko.

Artysta o skłonnościach homoseksualnych nie budzi dziś zdziwienia, nie szokuje też nikogo, niemniej w metalu wydaje się czymś pozornie dziwnym. Muzyka metalowa bowiem w swych założeniach jest hipermęska, skierowana do twardzieli, przesadnie muskularna i wojownicza; z tekstów dowiadujemy się, że trzeba być odważnym, walczyć o swoje, a zespół Manowar bez skrupułów twierdzi, że niskie wibracje na ich koncertach wywołują orgazmy u kobiet. Organizacje feministyczne podały ten zespół do sądu za tekst do kawałka Pleasure slave, według nich obrażający kobiety (linijka kobieto, bądź mym niewolnikiem).

Wystarczy wejść na forum poświęcone muzyce metalowej, by natrafić na opinię, że metal jest muzyką prawdziwych mężczyzn, w odróżnieniu od "spedalonego", "gejowskiego" popu czy szczególnie nielubianego hip-hopu. Pytanie, jak taka teza ma się do Snoopa lub 50 Centa, pozostaje otwarte. Niezależnie od preferencji seksualnych panowie z Manowar lub Running Wild wyglądają na uciekinierów z mokrego snu George'a Michaela:



Epoka pudel metalu wydaje się zabawna z perspektywy XX wieku: bandy ślicznych, wytapirowanych chłopców zgrywały twardzieli o gołębich sercach, wyśpiewywały o miłosnych podbojach lub, jak lider grupy Danger Danger, wprost wychwalały wstrząsające rozmiary własnych członków (kawałek Slipped her the big one, dedykowany zresztą jakiejś gwiazdce porno). Panowie z Motley Crue i pochodnych, z nastroszonymi, tlenionymi czuprynami, oglądani na zdjęciach z lat osiemdziesiątych wyglądają niemal jak transwestyci. Tymczasem jeśli idzie o liczbę zaciągniętych do łóżka kobiet, glam metalowcy mogą się ścigać jedynie z gwiazdami hip-hopu lub włoskiej piosenki romantycznej.

Niekiedy przeginano. I tak przodek Marilyna Mansona niejaki King Diamond prócz obwoźnego zestawu małego fana horroru (czaszka, kości, trupi makijaż i strój Drakuli) próbował szokować, śpiewając falsetem, czyli wysoko niby kastrat, co wywoływało w porównaniu z ciężką muzyką dość surrealistyczne wrażenie. Ale wszystkich przebili panowie z Twisted Sister. Koledzy wykonujący glam metal stawali na głowie, by upodobnić się do kobiet, natomiast ekipa dowodzona przez charyzmatycznego Dee Snidera zwyczajnie za kobiety się przebrała, tworząc zjawisko tak niecodzienne, że Snider musiał tłumaczyć się przed Kongresem w Stanach, czy przypadkiem nie demoralizuje młodzieży. Twisted Sister wyglądali jak dzisiejsze drag queens, tyle że pijane, brudne i wściekłe; problem w tym, że zespół był żartem, który wypalił i trwa od 35 lat. Sama muzyka zespołu jest bliższa tradycyjnemu heavy metalowi, pozbawiona właściwego dla glamu słodu. Ich widowiskowe teledyski stanowiły okazję do nieskrępowanej zabawy i dowcipów, w rodzaju samego zespołu, niszczącego spokój świąt Bożego Narodzenia (swoją drogą, starzejący się muzycy nagrali płytę z metalowymi przebojami na gwiazdkę) lub przychodzącego na odsiecz uczniom dręczonym przez belfra. Dziś Twisted Sister funkcjonują na marginesie rynku muzycznego, ciesząc się jednocześnie szacunkiem metalowego środowiska. I chyba mają dość swojego, okropnego już wizerunku i próbują od niego uciec, grając w tym samym składzie pod nazwą Bent Brother.



A czemu nie chwycić za Freuda i nie zacząć się wyzłośliwiać: miecz, którym wymachuje pan z Manowar, każdy psychoanalityk uzna za przedłużenie penisa. Wiele nazw zespołów i pseudonimów: Iron Maiden, Alice Cooper, Cindirella, Lizzy Borden to imiona i nazwiska kobiet lub zwyczajnie z kobiecością się kojarzą. Nie można też zapomnieć o erotycznych konotacjach nazwy Sodom czy o prawdziwej legendzie ciężkiego grania - grupie Rainbow. Z czym dzisiaj kojarzy się nam tęcza?

Wszystko to jedynie poszlaki i złośliwości. Cios w plecy najbardziej męskiej muzyce świata zadał jeden z jej ojców Rob Halford z Judas Priest, zwany po prostu "metalowym bogiem". To Halford z kolegami ustalił standardy gatunku, wprowadził charakterystyczny sposób śpiewania, kopiowany do dzisiaj, oraz dziwaczny image rodem z pamiętnego klubu Blue Oyster. Mowa o skórze nabijanej ćwiekami, pieszczochach na łapach, biczach i czarnych, skórzanych czapkach - wszystko to z zapałem podchwycili jego następcy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Gaahl, wybierając moment na ujawnienie swojej orientacji, wzorował się na Halfordzie.



Oto pod koniec lat dziewięćdziesiątych "metalowy bóg" znalazł się na dnie. Odszedł od Judas Priest, nowe projekty nie wypaliły, do tego Halford straszliwie się zagubił, próbując swoich sił w nowych klimatach i pozując do zdjęć wystylizowany na członka hardcore'owego zespołu. Wreszcie w wywiadzie dla MTV przyznał otwarcie, że jest homoseksualistą. Ortodoksyjni metale zawyli pod niebo, choć erotyczne upodobania gwiazdora od lat stanowiły tajemnicę poliszynela. Co innego domyślać się, co innego wiedzieć; wokalista najważniejszego zespołu metalowego świata jest gejem. I dobrze. Trzeba dopowiedzieć, że Halforda spotkało rozczarowanie. Po latach oznajmił, że ujawniając się, pragnął uruchomić lawinę. Ponoć wiedział o wielu innych homoseksualnych gwiazdach metalu i pragnął, by też się ujawnili. Co nieskończenie smutne - siedzą cicho.

Skąd wzięło się więc w metalu odchylenie gejowskie? Ma ono poza paroma przykładami wymiar tylko estetyczny. Odpowiedź po części kryje się w źródłach tej muzyki sięgających nie tylko hard rocka i punka, ale też glamu lat osiemdziesiątych - zwłaszcza w wypadku klasycznego heavy metalu. Dopiero grunge i hip-hop wytworzyły dzisiejszy ideał gwiazdora wyglądającego niczym sąsiad, ktoś zbliżony do słuchaczy. W latach osiemdziesiątych w show-biznesie obowiązywało kompletne odrealnienie, należało wyglądać dziwacznie, nieludzko nawet, i nie dotyczyło to wyłącznie ciężkiej muzyki, żeby przypomnieć tylko, co w swych teledyskach wyrabiał zespół Modern Talking.



Moda była więc taka, że należało się wydurniać, choćby człowiek nie miał na to ochoty - inaczej nie dostałby się do telewizji. Muzyka metalowa w swoim przekazie i estetyce akcentowała męskość aż do przesady, w czym zbiegła się z pewnym trendem obecnym w kulturze gejowskiej, zwłaszcza w sposobie ubierania się. Oczywiście męskość rozumiana przez metalowego muzyka (jeśli nie jest to Halford) oznacza mniej więcej tyle, że każdemu da radę i żadna mu się nie oprze, w homoseksualizmie wydaje się raczej manifestacją homoerotyki, prezentacją hipermężczyzny. Nieważne zresztą, o kulturze gejowskiej wiem niezbyt wiele, więc może istnieją inne tropy interpretacyjne. Ważne, że dwa sposoby myślenia dotyczące rzeczy różnych (twórczości, wizji człowieka) i sobie raczej niechętne zjednoczyły się w estetyce.

I teraz estetyka dostosowuje się znowu. Metale, poza nielicznymi, porzucili skórzane kamizelki oraz bicze, a i geje w typie panów z Blue Oyster gdzieś się pochowali. Wszystko łagodnieje, zyskując kobiecą postać. W tym roku wybrałem się do Czech na metalowy festiwal Brutal Assault, gdzie bawiłem się po prostu świetnie, a wśród głośnych dźwięków, dymu i straszliwych makijaży dała się dojrzeć nowa metalowa moda wśród muzyków. Otóż na scenie pojawiły się przynajmniej czterokrotnie faceci w sukienkach (mowa tutaj o tuzach na miarę szwajcarskiego Samaela). Z dumą donoszę, że prym w nowych trendach wiedzie nasz polski Hate (sukienki nosił cały skład, może poza perkusistą niewidocznym zza swojego instrumentu).

Zapraszamy do komentowania artykułu
Wypowiedz się na forum o2.pl

Łukasz Orbitowski


Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2017 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )