o2 doza kultury

Najbardziej samotny pisarz świata

2007-09-10



W jaki sposób możemy stwierdzić, że ktoś okazał się facetem ważnym dla literatury? Być może powinniśmy zwrócić się do fachowców, krytyków literackich - ci jednak polecają kawałki organicznie czytelnikowi nieprzyjazne i ten, biedny, musi mordować się z każdą nadętą pozycją, która akurat jest mu polecana. Polak ma jeszcze to szczęście, że prawdziwej krytyki literackiej w kraju nad Wisłą właściwie nie ma, więc trzeba szukać innej drogi.

Lata temu Lem sformułował swoje słynne trzy prawa: nikt nic nie czyta, jeśli czyta - to nie rozumie, a jeśli czyta i rozumie - to natychmiast zapomina. W epoce internetu i konsol do grania słowa te zyskują na szczególnej aktualności - statystycznie bowiem, Polak czyta jedną książkę rocznie, a wszystko wskazuje na to, że dane te są zawyżone. Istnieje jednak grupa autorów, znajdująca czytelników w kolejnych już pokoleniach. Znamienne, w kontekście Lema, że dominują wśród nich fantaści, choć nie tylko: Stoker, Agata Christie, Chandler, Conan Doyle, Tolkien, Milne, Howard, Poe, C.S. Lewis, Dick, Dumas, Saint-Exupéry. I inni. Ci właśnie wyważają młodym ludziom drzwi do literatury, pozostając z nimi praktycznie przez resztę życia. Większość z tych nazwisk wchłonęła popkultura, żeby wymienić tylko Władcę Pierścieni Petera Jacksona, Opowieści z Narni, kilkadziesiąt filmów o Drakuli czy kręcone regularnie kolejne ekranizacje prozy Philipa K. Dicka.

Tak szczerze - większość z pisarzy ważnych dla milionów nie wyróżniała się wirtuozerią słowa. Zajmowali się za to opowiadaniem świetnych historii, które niekiedy można streścić w paru zdaniach, by później sięgnąć do książki lub filmu i w całości zanurzyć się w światy, które wymyślili. Drugim filarem sukcesu okazały się genialne postacie, z którymi można chcieć się utożsamić lub je spotkać. Weźmy Roberta Howarda. No, może nie każdy chciałby spotkać Conana, ale czy każdy chłopiec nie chciał przez moment być Conanem? Powiedzmy sobie z ręką na sercu...

Wśród autorów wymienionych powyżej brakuje jednego, postaci szczególnej, wielkiej i tragicznej, bohatera niniejszego tekstu - twórcy mitologii Cthulthu, jednego z najbardziej oryginalnych twórców XX wieku Howarda Phillipsa Lovecrafta. Jest wielce prawdopodobne, że publikacja eseju Michaela Houellebecqa H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu, poświęcona jego osobie, wywoła prawdziwe szaleństwo i każdy młody inteligent będzie przysięgał z ręką na zimnym sercu, że jeszcze w przedszkolu zaczytywał się w Zewie Cthulthu i nie chciał jeść nic poza ośmiornicami. Póki co, można mówić o Lovecrafcie uczciwie i bez zadęcia.

Lovecraft fascynuje kolejne pokolenia nie tylko ze względu na niesamowitość twórczości literackiej, ale też przez własne szaleństwo - w rankingu literackich świrów znalazłby się zapewne w pierwszej dziesiątce. Co prawda nie kazał się pochować w podwójnej trumnie z sercem przebitym sztyletem (Bertold Brecht), nie ogłosił się inkarnacją faraona (Juliusz Słowacki) ani nie zabił się na wieść o śpiączce matki (Robert Howard, zresztą przyjaciel naszego bohatera). Wydaje się, że Lovecraft nie był wariatem w sensie medycznym, za to całe życie spędził na granicy załamania nerwowego.

Jak większość wybitnych nerwicowców, niezwykłe uzdolnienia zdradzał już w dzieciństwie - nauczył się pisać, mając tylko trzy lata i zaraz później zabrał się za wymyślanie i spisywanie własnych historii, czym utrudnił sobie życie - jak wspominał po latach, rówieśnicy unikali go, bo zamiast dokazywać z nimi, snuł swe dziwaczne opowieści. Z pierwszych, dziecięcych jeszcze tekstów - oczywiście teraz ogłoszonych drukiem - przebija fascynacja Baśniami z tysiąca i jednej nocy, która stała się impulsem do stworzenia postaci obłąkanego Araba Abdula Alhazreda. Ten miał powrócić w dorosłych tekstach jako autor plugawego Necronomiconu.

Początkowo nic nie wskazywało, że życie Lovecrafta stanie się długim pasmem cierpień i upokorzeń, które znosił zresztą z wielką godnością i pogodą. Szaleństwo, o którym pisał w swoich opowiadaniach, naznaczyło jego rodzinę - ojciec zmarł w śpiączce (prawdopodobnie wywołanej syfilisem) po pięcioletnim pobycie w psychiatryku. Tam też po latach zmarła matka Lovecrafta. Pierwsze poważne załamanie pisarz przeżył w 1908 roku (miał wtedy 18 lat) głównie dlatego, że po śmierci dziadka sytuacja materialna rodziny uległa pogorszeniu i Lovecraftowie musieli opuścić dom, który Howard uwielbiał: był pięknym, przestronnym gmachem, ze stajniami i rozległymi terenami parkowymi, z cudownymi ścieżkami i drzewami.

Małe mieszkanie, w którym żył wraz z matką, stanie się świadkiem jego psychicznego rozkładu. Właśnie z powodu nerwicy nie ukończy szkoły średniej i, mimo inteligencji, nie przekroczył progów prestiżowego uniwersytetu Brown w Providence, należącego wraz z Columbią czy Harvardem do tzw. Ligi Bluszczowej, czyli grupy najpoważniejszych amerykańskich uniwersytetów. Podobno wstydził się swego braku wykształcania do końca życia.

Nieustannie pisał, publikując w groszowych czasopismach i prowadząc ogromną korespondencję - dziś zapewne jego skrzynka mailowa pękałaby w szwach. Nie interesował się seksem, ożenił się późno, a żona, starsza od niego o kilka lat, była najprawdopodobniej jedyna kobietą w jego życiu. Możemy jedynie przypuszczać, że wchodząc w ten związek Lovecraft usiłował zapełnić czymś pustkę po niedawnej śmierci matki. Nie wiedział, że rozpoczyna najmniej szczęśliwy okres swojego życia.

Przeprowadzka ze spokojnego Providence do Nowego Jorku okazała się zmianą na gorsze - Lovecraft nie potrafił zgrać się z rytmem wielkiego miasta, tu też, według Houellebecqa, w pełni rozkwitły jego rasistowskie poglądy. Z jakichś powodów życie jego bliskich nie mogło być szczęśliwe - sklep żony wkrótce zbankrutował, ona sama podupadła na zdrowiu, a pisarz nie potrafił znaleźć sobie normalnej, przynoszacej zyski pracy. Honoraria za opowiadania publikowane w Weird Tales nie wystarczały na pokrycie najpilniejszych potrzeb, a Lovecraft lekkomyślnie odrzucił posadę redaktora naczelnego tego pisma. Żona wyjechała i małżeństwo uległo rozkładowi. Pisarz z ulgą powrócił do Providence, przepełniony poczuciem rozczarowania i obrzydzenia do zindustrializowanego świata.

Nie należał do swojej epoki i zapewne najlepiej odnalazłby się na spokojnej, brytyjskiej prowincji - niestety ze względów finansowych nigdy nie odbył podróży do Europy, o której marzył przez całe życie. Nie radził sobie z rzeczami najprostszymi, od których zależał jego byt, a własną karierę miał jak się wydaje w czterech literach - nie umiał wykłócać się o honoraria ani zabiegać o publikacje, nie zwracał uwagi na swoją sytuację materialną i konsekwentnie unikał bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Pewne światło na jego umysłowość rzuca list do jednego z wydawców. Lovecraft tak pisze o tekstach, które przygotował: Nie wiem, czy się panu spodobają, bo wcale nie dbam o to, czego wymaga się od "komercyjnych" tekstów. Moim jedynym celem jest przyjemność, jaką czerpię z tworzenia dziwnych sytuacji, szczególnie nastroju, a jedynym czytelnikiem, z którym się liczę, jestem ja sam. Aż dziwne, że zdołał cokolwiek wydrukować.

W zamian uwielbiał prowadzić korespondencję i przy ok. 100 000 listów, które popełnił, jego dorobek literacki wydaje się skromny. Występował też w roli nauczyciela młodszych pisarzy, którzy chętnie tworzyli opowiadania rozgrywające się w świecie, który wymyślił. Zamknięty we własnym świecie, stworzył ostatnie, najdojrzalsze opowiadania: Zew Cthulhu, Widmo nad Innsmouth, Kolor z przestworzy. Zmarł na raka jelit i powikłania związane z chronicznym zapaleniem nerek, którego nigdy nie leczył. Bardzo cierpiał przed śmiercią, ale relacje pozostają zaskakująco zgodne - umierał jak żył, spokojnie, z godnością i bez słowa skargi. Dziwnym trafem choroba przyszła w momencie, gdy resztki majątku, który odziedziczył po rodzinie, uległy wyczerpaniu.

Umierając Lovecraft miał tylko 47 lat, był życiowym bankrutem, znanym jedynie garstce wielbicieli. To dzięki nim narodziła się legenda, która żyje do dzisiaj. Przyjaciele, z których część znał tylko korespondencyjnie, podjęli jego dzieło - zaczęło się od Roberta Howarda i Roberta Blocha (autora literackiego pierwowzoru Psychozy), a dziś lovecraftowskie teksty piszą Stephen King, Neil Gaiman, Graham Masterton, Brian Lumley i wielu innych.

Lovecraft był najprawdopodobniej człowiekiem zamkniętym w sobie, śmiertelnie nudnym i opryskliwym, do tego mizoginem (w jego opowiadaniach prawie nie ma kobiet) i rasistą, z lubością opisującym paskudnych Murzynów i wrednych Chińczyków. Jego styl pozostaje daleki od skrótowości współczesnej nam prozy, przerysowany i pełen barokowych ozdobników. Nawet fabuły trudno nazwać sensacyjnymi, niektóre opowiadania - jak znakomita Muzyka Ericha Zanna - to właściwie obrazki, plamy niesamowitości na naszym świecie.

O żywotności Lovecrafta świadczy nie tylko znakomitość jego niektórych tekstów, ale także dokładna i fascynująca kreacja, sięgająca nawet reinterpretacji historii naszego świata. Lovecraft uchwycił ją przez pryzmat tzw. Startych Bóstw, wielkich, przedwiecznych, przybywających z kosmosu, oraz ras zamieszkujących Ziemię przed człowiekiem. Teraz stare, złowieszcze istoty pozostają w uśpieniu, ale los naszej planety pozostaje przypieczętowany - wielki Cthulthu podniesie się z miasta pod oceanem i zrobi nam wszystkim kuku. Lovecraft tak go opisuje: Potwór o ledwie humanoidalnej sylwetce, z podobną do ośmiornicy głową, zamiast twarzy miał kłębiącą się masę macek. Jego ciało było łuskowate i przypominało z wyglądu gumę. Jego łapy i nogi uzbrojone były w ogromne pazury, a z pleców wyrastała para długich i cienkich skrzydeł. Ta rzecz... miała raczej opasłe ciało. Pojawiła się, ciężko stąpając i śliniąc się, po czym wcisnęła swoje ogromne, zielone, galaretowate ciało w czarne wejście... Góra, która zaczęła kroczyć.

To wyjątkowo szczegółowy opis - Lovecraft zasłynął z niemożliwej próby opisania kształtów wymykających się naszej geometrii, stad pełno u niego bluźnierczych kształtów i pełzających szaleństw. Kosmiczne zło przenikające nasz świat wymyka się wszelkiemu kontekstowi i mitologię Lovecrafta można rozegrać w każdej możliwej scenerii. Niechętny światu (choć nie tak radykalnie jak chce Houellebecq) nie tworzył ani skomplikowanych bohaterów ani nie dbał o szczegółowe przedstawienie realiów - akcja opowiadań dzieje się w odległych miejscach: małych miasteczkach, starych domach, na Antarktydzie. Nasza rzeczywistość jest bowiem nieważna, a człowiek maleńki. Liczą się przedwieczni.

Stąd popularność - po tekstach autorskich pojawiło się kino. Za pierwszy lovecraftowski film możemy uznać już Nawiedzony Pałac Rogera Cormana, choć tytuł akurat zaczerpnięty został od Poego. Renesans nastąpił później za sprawą Johna Carpentera i Stuarta Gordona. Carpenter, człowiek niezwykle sprawnie poruszający się w konwencji kina groszowego, popełnił przecież W paszczy szaleństwa, film nie będący ekranizacją konkretnego tekstu, ale przesiąknięty lovecraftowskim klimatem, budowanym przez konsekwentne narastanie atmosfery kosmicznej grozy. Gordon zaś z uporem maniaka trzaska kolejne ekranizacje, z których warto wyróżnić Dagona (wbrew tytułowi jest to ekranizacja innego opowiadania, Widmo nad Innsmouth) oraz Reanimatora, utrzymanego w konwencji czarnej komedii, z przezabawnym Jeffreyem Combsem w roli tytułowej. Co ciekawe, autor literackiego pierwowzoru nie przepadał za tym akurat tekstem, napisanym z przyczyn finansowych.

Ugryzienie lovecraftowskie nosi ekranizacja Hellboya z Ronem Perlmanem, ale najlepszym filmem inspirowanym jego twórczością jest, o dziwo, dzieło półamatorskie: Call of Cthulthu, nakręcony skromnymi środkami i czyniący wszystko, by zbliżyć się do konwencji kina z lat dwudziestych. Całość utrzymano w czerni i bieli, a zamiast dialogów mamy plansze z napisami. Wcześniej nakręciliśmy dwa lovecraftowskie filmy, mówi reżyser Andrew Leman, pierwszy był produkcją studencką, drugi krótką etiudą komediową zrealizowaną kilka lat temu. Stworzenie projektu, który był prawdziwie wierny Lovecraftowi, było czymś, o czym marzyliśmy od dłuższego czasu. Zaproponowałem pomysł adaptacji takiej, jaka mogłaby powstać w czasach pisarza...

Gdyby nie Lovecraft, muzycy metalowi nie mieliby o czym śpiewać. Tylko na Ride the Lightning i Master of Puppets Metalliki znajdują się dwa kawałki inspirowane jego prozą. O Cthulthu śpiewali Cradle of Filth (Cthulthu dawn i Mother of Abominations) i Mercyful Fate (The Mad Arab), a na okładce Live After Death Iron Maiden widnieje motto z Lovecrafta.

Pomińmy już gry komputerowe Lovecraftem inspirowane lub przynajmniej nim dotknięte - bez niego nie byłoby Quake'a, a już na pewno The Gateway to Beyond, Prisoner of Ice, Shadow of the comet, Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth. Lovecraft doczekał się bowiem własnej religii. Mowa o peruwiańskim Kościele Cthulthu, inicjatywnie półżartobliwej, półpoważnej. Ruch rozrasta się wśród młodych ludzi, internautów i studentów rozczarowanych dominującą pozycją Kościoła katolickiego. Wyznawcy mówią: Nie jesteśmy katolikami, jesteśmy cthulolikami, a my cytujemy to z pewną obawą, bo to, co w Peru robi się dla hecy, w Polsce powraca ze śmiertelną powagą (casus Stanisława Tymińskiego).

Nastaje moda na Lovecrafta, prawdziwy renesans jego mitologii, a twórczość Carpentera, Gordona, muzyków metalowych ledwo ją zapowiada. Facet ma wszystko, czego trzeba - tak nie przystaje do dzisiejszych czasów, że bardziej nie można i niesie ze sobą wielką tajemnicę. Długo na to czekał. Dopiero 40 lat po śmierci fani ufundowali mu nagrobek. Napis na płycie brzmi I Am Providence.

A Providence oznacza zbawienie.

Łukasz Orbitowski & Jarosław Urbaniuk

Pozostałe w dziale
 
Powtórka ze strachu
O hiszpańskim sequelu horroru [Rec]2 Mariola Wiktor rozmawia w Wenecji z jego reżyserami,...
Geje i heavy metal
Nie tak znów dawno gruchnęła wiadomość, że Kristian Espendal, znany również jako Gaahl, zdecydował się...
 
Seks i alkohol
Na temat wpływu alkoholu na współżycie płciowe zdania są podzielone. Spora grupa osób twierdzi, że alkohol...
Kobiety do wojska
Żołnierzami były dziewczyny i kobiety, które bohatersko wspierały swoich towarzyszy w powstaniu warszawskim.
 
Czy "zdrowa żywność" jest naprawdę zdrowa?
Dziś już nie pojawiają się takie kurioza jak informacja o producencie ekologicznych płatków owsianych,...
Katastrofa tunguska: łańcuch zagadek
Wbrew potocznym opiniom katastrofa, która wydarzyła się nad rzeką Tunguzką 30 czerwca 1908 roku, była do przewidzenia.

Doza kultury jest redagowana siłami Portalu O2.pl i Komunikatora Tlen.pl
Masz pomysły, chcesz dla nas pisać? Daj nam znać: (dozakultury@tlen.pl).
 © 2010 Doza Kultury, kontakt dozakultury@tlen.pl ( pomysły, reklama, współpraca )